Listy do Alco

Listy do Alco / Listy na temat

...czyli alkohol w Twoim życiu

 

Bardzo dziękujemy za listy, które przysyłacie! Część z nich już opublikowaliśmy poniżej.

 

Każda historia jest warta tego, żeby ją opowiedzieć - ma szansę pomóc innym (zatrzymać się na chwilę, pomyśleć, zrobić krok do przodu). PISZCIE DALEJ!

 

Reagując na Wasze propozycje, poszerzamy formułę - Listy do Alco zamieniamy na Listy na temat, czyli wszystko, co chcecie opowiedzieć o alkoholu w Waszym życiu. Jeszcze raz dziękujemy i czekamy na więcej: 
listy@alcosfery.org

 

Pamiętajcie o zamieszczeniu zgody na publikację! (Listy będą publikowane pod wybranym przez Was pseudonimem lub anonimowo.)

 

09.12.2012

 

Jacek

 

Z powodu znacznej już odległości daty mojego urodzenia od dzisiejszej, mam spory bagażnik pamięci, a w nim takie starożytne już powiedzenie – „pije jak szewc”.

 

I naprawdę, znałem paru świadczących te usługi panów którzy, tak się wtedy mówiło, nie wylewali za kołnierz. Nawet był specjalny dzień poświęcony pracy szewca – szewski poniedziałek, który nota bene, był z racji tego picia, dniem wolnym od pracy. Taka pierwsza w historii ruchu robotniczego wolna sobota, tyle że wypadająca w poniedziałek. To było takie szewskie święto.
„Pije jak szewc”, „pijany jak szewc” – powiedzenia wyparte z naszego języka. Bo skoro szewca ze świecą teraz trzeba szukać, to jak jeszcze za przysłowiowego pijaka go uważać. Butów się dzisiaj raczej nie naprawia, tylko wymienia. Na nowe, też zagraniczne. W Wólce Kosowskiej na przykład.

 

Jako miłośnik tradycji, z dużym sentymentem do zjawisk minionych się odnoszący, postanowiłem „ocalić od zapomnienia” nawet takie drobne fragmenty czasów, kiedy nie miałem jeszcze numeru PESEL. I szukając na ten przykład, wzorcowego pijaka pomyślałem, że drobna ortograficzna manipulacja i stare będzie jak nowe. I aktualne i zrozumiałe.
PIJANY JAK SZEF  - bo to wcale nie dla tak zwanego elementu zakłady przemysłu spirytusowego rozlewają wódki w 100 ml jednorazówki. Element za tą cenę, ma cały litr nalewki, czyli wina albo odwrotnie.

 

Seta to podstawowy, jednorazowy zastrzyk energii życiowej, w wysokoenergetycznym napoju  dla tych, których kariery są równie błyskotliwe co wyczerpujące. Szef to nie byle pracownik od galanterii brukowej, który pić musi, bo często marznie. Szef to na głowie ma tyle, że mu ciąży ta głowa i wygina się niebezpieczne, i może „spaść”. Bo takie głowy spadają albo lecą. Nieelastyczne. A głowa po secie - lżejsza jest, giętka jest i wydaje się, że „na karku”.  Niejeden szef więc od rana musi nabierać elastyczności. I do wieczora ją utrzymać. I musi setki kupować, bo pół litra żołądkowej nie będzie cały dzień za paskiem spodni nosił. Nogawką wypadnie i wstydu narobi. A setki, w wewnętrznych kieszeniach marynarki i ze cztery zmieści. I marynarka dobrze obciążona- lepiej leży.

 

„Pijany jak szef”, to pewnie znaczne uproszczenie w prezentacji rzeszy pijących, często do upadłego, przedstawicieli klasy od średniej wzwyż. Po wspięciu się na kolejny szczebel drabiny życiowego, biznesowego sukcesu, sfrustrowani koniecznością forsowania następnego, topią swoje lęki, emocje w coraz większych ilościach alkoholu. Proletariat pijący „z tych nerw”, niczym nie różni się w swym modelu picia, od pacyfikujących swe frustracje, syndromy wypalenia itp., szefów.

 

Niejeden „szef” to wzorcowy model menela, tyle że jeszcze w eleganckim ubraniu i na [jeszcze] dochodowym stanowisku. Szef pijący, bo pewnie i abstynent, i wstrzemięźliwy trafić się może, kończy szybko najpierw wspinaczkę po szczeblach kariery, potem traci wpływy i przywileje, rozluźnia kontakty społeczne i rodzinne, rozpoczynając przeciwnie do Wehrmachtu w Rosji, nieplanowy i chaotyczny odwrót. Inaczej zwany staczaniem się, degeneracją, a przez niego samego postrzegany jako - póki co - umacnianie się przed powrotem w blasku i chwale. Jak się tylko trochę ogarnie, przystopuje z alkoholem itd. itd.. Wtedy szef, często już „były szef, rozpoczyna kontrolowanie swojego spożycia. Zalewa pałę (to też z bagażnika mojej młodości) tylko wieczorami i w weekendy. Często w wynajętej kawalerce, osobnym pokoju, bo żona już wcześniej wymówiła wspólne łoże. Rano ciało eksszefa stawia się regularnie w miejscu zatrudnienia, łączy się z błądzącą duszą i rozpoczyna się szukanie sojuszników. Słuchaczy, którzy co najmniej przyjmą do wiadomości, jaką to krzywdę jemu, takiemu specjaliście wyrządzono taką degradacją. A on ma przecież propozycje gdzie indziej i znacznie korzystniej, tylko lojalność i sentymenty go wstrzymują. Sam wie najlepiej co to za propozycja. Bezrobocie. Jego wysokie niewątpliwie kwalifikacje zawodowe dyskwalifikuje coraz bardziej proletariacki wygląd i zawartość żołądkowej gorzkiej w wydychanym powietrzu. Chyba zresztą z wydychaniem żołądkowej ulatniają się inne wartości – moralne i fachowe, a pojawiają się skróty – wszystkie ukierunkowane na rozumowe tłumaczenie potrzeby picia. I to picie usprawiedliwiające i rozgrzeszające. W takim momencie szef czy to już menel, kurczowo trzyma się złudzenia, że na tym szczeblu hierarchii społecznej czy zawodowej, to on trzyma się krzepko i na niższy nie spadnie. Nie zauważa biedny, że szczebelek to może ten sam, tylko drabina się zapada. Albo tę jego drabinę pod inną już ścianę przestawili i już ona donikąd po prostu. A któregoś dnia po prostu okazuje się, że nie ma ściany, drabiny, szczebelka tylko wspomnienia własnej świetności.

 

To typ prostszego scenariusza. Upadek dotkliwy - bo nie dość, że z wysoka to i szybko. Scenariusz z bardziej rozbudowaną akcją – degradacja przeplatana próbami hamowania nałogu, odtrucia, próby leczenia, postanowienia i krótkotrwałe abstynencje, kolejne marnowane ostatnie szanse od przełożonych. Rozwleczony w czasie i efektach proces destrukcji prowadzi do tego samego miejsca co szybki upadek. Na dno. Nie każde dno, to zaraz tak zwany rynsztok  poniżej którego, jak się nam wydaje, nic już nie ma. Każdy ma swoje dno. Dno szefów zaczyna się od poziomu pierwszej znaczącej degradacji. Gdzie się kończy? Nigdzie. W jakimś wymiernym rozumieniu. Dno, to jest to miejsce, w którym osiągnąwszy granice upadku, może zacząć się „odbudowywać”. Tutaj szef już niczym nie różni się od menela. W kategorii „życiowe porażki”, są w tym samym miejscu, na dnie swoich wyobrażeń, marzeń i możliwości. I niech mi ktoś powie, jaka różnica w tym, że jeden tam dojechał mercedesem a drugi „wężykiem”, pieszo?                 

                                                              

Szefie, nie chlaj. A jeżeli chlasz, to natychmiast podaj się do dymisji, bo sobie nie radzisz, a funkcja cię przerosła. Może się uratujesz jako wiceszef, albo jeszcze niżej. Szefie, nie chlaj, bo jako szef, TY nigdy nie odzyskasz pełni szacunku, gdybyś kiedyś przestał... . Menel tak, TY nie. Szefie nie chlaj, bo masz strasznie dużo do przepicia i możesz się wykończyć zanim wszystko przepijesz albo umrzesz z żalu nad ogromem swoich strat.

 

 

28.11.2012

 

Jacek

 

W odpowiedzi na często spotykane pytanie, takie moje przemyślenia, w dziesiątym roku abstynencji, może trzeźwości.

 

Pewnie każdy niepijący alkoholik spotkał się kiedyś z pytaniem: JAK CI SIĘ UDAŁO? Przestać pić oczywiście. Kto pyta ? Zrozpaczone zrezygnowane żony, matki, dzieci alkoholików i często sami, „praktykujący”. Jak ci się udało? No jak, według prostego założenia, że nie mogąc sobie poradzić z alkoholem, nie planuję, nie składam terminowych deklaracji abstynencji, tylko -DZISIAJ NIE PIJĘ. Plan 24 godzin. Nie piję dzisiaj. Jeśli się powiedzie, jutro też powiem -DZISIAJ NIE PIJĘ. I tak dalej.... Wydaje mi się, że pytanie: JAK PRZESTAĆ PIĆ, powinno zostać poprzedzone pytaniem: DLACZEGO MAM PRZESTAĆ PIĆ ? Czyli, czy chcę przestać. Jeśli pijący nie okazuje żadnych chęci zaprzestania, jeśli nie zastanawia się, czym jest i czym skutkuje uzależnienie w jego życiu, nie ma sensu dopytywanie się o metody. Po co JAK, skoro nie wie DLACZEGO. Jeśli nie wie, dlaczego miałby zostać abstynentem, nie zaprzestanie picia.

 

DLACZEGO więc? Tysiące przykładów, każdy ma swoje:
-bo rodzina się rozpada,
-bo dopuszczam się przemocy,
-bo zdrowie podupada,
-bo nie ma pieniędzy, pracy, jestem pasożytem
-bo straciłem szacunek bliskich i dalszych,
-bo miałem konflikty z prawem,
-bo czuję, że jestem na dnie – fizycznie, moralnie, ekonomicznie,
-bo dzieci się mnie wstydzą, itp. ,itp.
I oczywiście z powodu nakazu sądowego, kiedy któryś z powyższych lub innych podobnych powodów został potwierdzony przez sąd.

 

Alkoholik, który nie jest w stanie sam zastanowić się nad tym, nie jest w stanie przyjąć tych informacji od innych, nie ma szans na zaprzestanie picia. Najlepsza metoda nie będzie skuteczna, jeśli nie będzie wiedział DLACZEGO i nie będzie chciał i próbował się tego dowiedzieć.

 

Zacznijmy więc od nauki o sobie, od prawdy o alkoholiku, jak bardzo wstydliwa i gorzka by ona nie była.
Najpierw musi zobaczyć siebie. Trudna rzecz przeglądanie się w takim „zwierciadle prawdy”, trudne i niewdzięczne zadanie, takie „zwierciadło” postawić komuś przed oczy.

 

Nie odpowiadajmy na pytanie: JAK ? Zapytajmy czy „zainteresowany” wie DLACZEGO ?
Jeżeli możemy, jeżeli chcemy pomóc, to pomóżmy alkoholikowi zrozumieć, że jest alkoholikiem,
i że może coś z sobą zrobić-być trzeźwym, poprawić swoje życie, może coś naprawić, odbudować....
Ale „udział własny” jest niezbędny.

 

27.11.2012

 

Monika

 

Swój list zacznę od tego, że najgorsza myśl jaka towarzyszy mi od ponad dwóch lat mojego trzeźwego życia, to fakt, iż do tej pory są to jedyne lata (obecnie mam lat 45) "prawdziwego" życia. Pisząc "prawdziwego", mam na myśli możliwość odczuwania i wyrażania wszelkich emocji oraz pełnego zrozumienia, czym jest miłość w życiu człowieka. Ale nie miłość do alkoholu, tylko przede wszystkim do siebie i zdolność okazywania tej miłości innym.
Moi rodzice byli alkoholikami (tata zmarł - padaczka alkoholowa , mama od jego śmierci nie pije).

 

Niestety od kiedy sięgam pamięcią, zawsze czułam się niekochana i niechciana. Wydawało mi się, że swoją osobą przeszkadzam rodzicom w życiu. Teraz wiem, że przeszkadzałam im głównie w piciu. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego pomimo tego, iż twierdzili, że mnie kochają nie potrafili powiedzieć "tak córciu, skoro prosisz, to my nie będziemy pić" i dotrzymać danego mi słowa. Wówczas nie rozumiałam, dlaczego łamią dawane mi nie raz obietnice. Zrozumiałam to dopiero niedawno, kiedy uświadomiłam sobie, że sama popadłam w uzależnienie od alkoholu, osiągnęłam "swoje dno" i podjęłam leczenie w ośrodku terapii uzależnień. Nie będę opisywać, jak wyglądało moje życie najpierw jako nastolatki, potem jako żony i matki trójki dzieci. W skrócie powiem tylko, że we wszystkich jego okresach, jedną z głównych ról odgrywał alkohol. Pomimo tego, iż zawsze dbałam o siebie, rodzinę, miałam dobrą pracę, uprawiałam ukochany sport, byłam podziwiana i szanowana, to cały czas byłam jakby w drodze. W drodze do "czegoś". Może właśnie do odnalezienia samej siebie, do znalezienia upragnionej miłości i akceptacji, a może po prostu w drodze do trzeźwości. Z pozoru wiodłam życie takie jak wszyscy i  nikt z otoczenia nie podejrzewał uzależnienia. Czasem było widać, że coś jest nie tak, ale wina za taki, czy inny stan rzeczy, zrzucana była na karby wszelakich problemów, z którymi każdemu z nas przychodzi się w życiu zmierzać. W miarę pogłębiania się uzależnienia, życie stawało się koszmarem. Pomimo tego, iż otaczało mnie wiele kochających osób, szanujących i lubiących mnie znajomych i przyjaciół, to byłam strasznie nieszczęśliwa i samotna. A w końcowej fazie picia doszłam nawet do wniosku, że chyba zwariowałam, bo już sama nie potrafiłam zrozumieć, co się ze mną dzieje.

 

Dopiero na terapii dotarło do mnie, że nie dlatego piłam, iż miałam problemy, tylko miałam problemy dlatego, że piłam. Obecnie pomimo tego, iż życie mnie nie rozpieszcza, a i czasy są trudne, mam dużo więcej problemów niż dawniej, to właśnie dopiero teraz jestem szczęśliwa. Dla mnie szczęście i miłość = trzeźwość. Intencją napisania przeze mnie tego listu, jest pragnienie uświadomienia osobom, które nie są uzależnione, że wiele z tych osób otaczają osoby borykające się z chorobą alkoholową. Takie, których nigdy o tą chorobę byśmy nie podejrzewali. I że nie jest absolutnie prawdą to, że pijący  postanowi sobie, że pić nie będzie i po prostu przestanie. Osoba, stojąca z boku najprawdopodobniej  nigdy nie zrozumie w pełni istoty choroby alkoholowej. Ale za to może zrobić jedną rzecz, zaufać właśnie tej uzależnionej osobie, która podjęła trud trzeźwienia i zwróciła się do specjalisty od uzależnień i uwierzyć jej w to, co mówi o swojej chorobie, a czego dowiaduje się właśnie w trakcie leczenia. Uwierzyć w to, że nie wystarczy, że chory(a) obieca nam, że pić nie będzie i już, a my dalej będziemy obok niej wieść nasze życie tak jak dotychczas, często z alkoholem w tle, przy byle okazji. Niestety, prawda jest taka, o czym się w zasadzie nie mówi, że również od osób nieuzależnionych, w dużej mierze zależy powodzenie terapii i wychodzenia z nałogu ludzi chorych. Jednak takie osoby często, przez brak wiedzy o chorobie alkoholowej lub z pobudek czysto samolubnych, nie chcą nawet spróbować poświęcić części swoich przyjemności (jakimi dla większości naszego społeczeństwa jest chociażby spędzanie wolnego czasu z kieliszkiem w ręku) dla drugiej osoby. Boleję nad tym, że moi znajomi, pomimo dwóch lat mojej walki z uzależnieniem, do tej pory  nie wierzą, albo nie chcą uwierzyć, że mam problem z alkoholem. Twierdzą, że to niemożliwe, bo nigdy nie widzieli mnie zataczającej się, bełkoczącej, leżącej na ziemi, rozrabiającej itp., czyli tak jak na alkoholika "przystało". Bo przecież ja tylko jak każdy lubiłam się napić zimnego piwa czy kieliszek dobrego wina lub innego trunku. I nawet teraz, mimo moich nieśmiałych próśb i sugestii, jakie kieruję do przyjaciół i znajomych, aby postarali się w moim towarzystwie mniej celebrować akty spożywania alkoholu, często pozostają one bez echa. To przecież ja - alkoholik mam problemy - nie oni, więc jakim prawem mam czelność ograniczać im ich wolność osobistą. Jest to przykre, ale osoby walczące z nałogiem znają temat i wiedzą, że niestety bardzo powszechne. To my trzeźwiejący alkoholicy, osoby niepijące odbieramy innym komfort picia. Traktowani jesteśmy jak "trędowaci". Tak jak - "trędowaci" - to moje ulubione porównanie. Często kiedy już udaje nam się pokonać nałóg, okazuje się, że stajemy się niewygodni i niepotrzebni, bo przecież nie można się z nami normalnie dogadać i wybrać na "jednego" i okazuje się nagle, o zgrozo!, że mieliśmy niby mnóstwo przyjaciół, a zostajemy sami jak palec.

 

Moim zdaniem takie kampanie jak ostatnia - "Alcosfery. Picie w biznesklasie", na pewno są potrzebne, ale powinny być też takie, kierowane do osób nieuzależnionych. Z przekazem, że owszem osoba uzależniona, jeżeli sama nie zechce się leczyć, to żadna siła jej do tego nie zmusi, ale bez pomocy i zrozumienia, że strony zdrowego człowieka, często jest to po prostu niemożliwe. No i przestańmy, chociażby na początek w serialach tzw. rodzinnych jak np. "Rodzinka pl", który ogląda wiele dzieci i młodzieży, emitowanych w państwowej telewizji (ponoć "misyjnej") promować picie (i jeszcze za te alkoholowe promocje płacić abonament), że o "Kiepskim" w Polsacie nie wspomnę. Przecież chyba nie o to chodzi, a może się mylę? W końcu kilka mld złotych rocznie do budżetu, ze sprzedaży napojów alkoholowych, to jest coś, prawda?

 

Na koniec pragnę dodać i jeszcze raz potwierdzić, że od kiedy nie piję i jestem postrzegana jak dziwak i osoba niewygodna w towarzystwie, to mimo wszystko jestem szczęśliwa i wiem, że warto walczyć o siebie i swoją godność, warto walczyć o trzeźwość. 

 

Z gorącym i trzeźwym pozdrowieniem,

 

Monika

 

16.11.2012

 

Julia

 

Mam na imię Julia i dziś mówię o sobie alkoholiczka, choć nie piję od ponad 10 lat.

 

Dziesięć lat temu zawalił się mój świat i dzisiaj mówię "chwała Bogu". Wtedy jednak była to moja wielka osobista tragedia. Wtedy osiągnęłam dno. Każdy ma inne. Moje było takie. Ale od początku.
Zawsze uważałam, że alkoholiczka to zaniedbana, zapijaczona kobieta, szara kapota, włosy w gumkę, denaturat, melina. Ja zawsze zadbana, dobrze ubrana, w dobrym towarzystwie, dobre trunki. No przecież nie mogę być alkoholiczką. No może piję trochę zbyt dużo, może zbyt często, ale nie cierpi z tego powodu ani mój dom, ani moja praca, jestem dobra w tym, co robię.

 

Miałam komfort picia również w pracy. Pił szef, piły obie sekretarki, koledzy na wysokich stanowiskach, piłam ja. Nic nadzwyczajnego. Wszyscy piją i to "w majestacie prawa". Gdy przychodziłam skacowana do pracy, dostawałam drinka. Gdy odkryłam cudowne działanie klina, nie widziałam powodu, żeby się męczyć. Potem byłam tak pewna siebie, że piłam w pracy coraz częściej i coraz więcej przekonana, że wszystko ogarniam i nikt tego nie widzi. A przecież śmierdziałam alkoholem, a ludzie udawali, że tego nie widzą.

 

Pewnego dnia pozwoliłam sobie przyjść do pracy pijana (piłam już któryś dzień z rzędu) w poczuciu, że znów uda mi się nabrać wszystkich. Tym jednak razem się nie udało. Szef wyrósł jak spod ziemi i podziękował mi za współpracę. Tego dnia zawalił się cały mój świat. Zostałam zwolniona za pijaństwo, wprawdzie szef był na tyle przyzwoity, że za obopólnym porozumieniem, ale przecież ja wiedziałam. Tego upokorzenia nie zapomnę do końca życia. Prosiłam go o jeszcze jedną szansę, ale on powiedział tylko: "pani już miała szansę a teraz proszę coś ze sobą zrobić". Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że moje życie całkowicie się odmieni. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to, co mnie spotkało to najlepsze, co mi się mogło przydarzyć. Wtedy byłam przekonana, że poniosłam najdotkliwszą klęskę. Ta klęska stała się jednak moim sukcesem.

 

Nie wyobrażałam sobie życia bez alkoholu. Jak było źle - alkohol, jak było dobrze - chciałam czuć się jeszcze lepiej. I tak alkohol zaczął załatwiać mi to, że czułam się dobrze, nawet gdy było źle. Potem już piłam sama i śniłam sny o potędze. Ale rano dopadała mnie rzeczywistość, poczucie winy, niezałatwione sprawy, niedotrzymane obietnice, lęk, moralniak i ogromny smutek. Ale był jeszcze inny smutek - smutek mojej córki.

 

Próbowałam przestać, zmieniałam alkohole, czasem na przyjęciach nie piłam wcale i w ten sposób udowadniałam sobie, że nie jestem alkoholiczką, bo: nie żebrzę pod sklepem, nie byłam nigdy w izbie wytrzeźwień, nie piję denaturatu i tanich win, z domu nie wynoszę, nie chodzę po melinach. I byłam przekonana, że to właśnie tacy są alkoholikami. Dziś wiem, że to bardzo poważna ciężka choroba, ale wiem też, że można ją w każdej chwili zatrzymać. Trzeba jednak przestać pić. Słyszałam o AA, tylko, że ja nie chciałam tam być. Moje wyobrażenie (jak z resztą większości społeczeństwa) było takie, że to zbiorowisko kryminogenne, meneli i prostaków. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam eleganckie panie i wykrawatowanych panów, którzy mówili takie mądre rzeczy. Pomyślałam wtedy, że gdybym nie myślała stereotypowo i odrzuciwszy swoją pychę, zajrzała tu wcześniej mogłabym zaoszczędzić sobie paru straconych lat życia. Tak widocznie musiało być. I postanowiłam, ja tu zostaję, to moja szansa, jedyna szansa.

 

Dziś wiem, że nie ma przypadków. Jakaś Siła postawiła na mojej drodze ludzi, dzięki którym wszystko się zmieniło. Potem była terapia. Potem zaczęłam robić różne wspaniałe rzeczy. Przestałam się bać nowych wyzwań. Zaczęły się spełniać moje najskrytsze marzenia, ale przede wszystkim byłam trzeźwa. Można było na mnie polegać. Czasu by nie starczyło, żeby opowiedzieć, ile zmian zaszło w moim życiu.

 

Nie ma najmniejszej przesady w tym, że moje niepicie jest CUDEM. Od pierwszego mityngu odebrana mi została obsesja picia i nie mam jej do dziś. Czyż to nie cud, że przez te dziesięć lat ani razu nie zachciało mi się pić, choć było nieraz bardzo ciężko? Wielu moich znajomych zapiło się na śmierć. Ja dostałam szansę. Po coś mnie tu Pan Bóg zostawił. Może po to, żebym Wam to opowiedziała?
Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, co jest porażką, a co sukcesem.
Moim sukcesem była moja klęska, ale wiem to dopiero dzisiaj.
I naprawdę bez alkoholu da się żyć - wiem co mówię.

 

 

09.11.2012

 

Kasia

 

Nie będę pisała o emocjach, myślach i przeżyciach jakie siedzą w głowie, o stanie umysłu, bo problem mnie bezpośrednio nie dotyczy….choć tak naprawdę dotyczy. 

 

Jestem w gronie bliskich znajomych pewnej osoby. Osoby, która często występuje w radiu, telewizji, prasie, udziela wywiadów. Programy głównie polityczne i publicystyczne. Jest piekielnie inteligentny, charyzmatyczny, oczytany, kilka języków obcych. Naprawdę inteligentny. Jedna z tych osób, które po wejściu do domu wypełniają swoją osobą całe wnętrze. Bardzo silna osobowość. Cudowna żona, dwójka ślicznych córeczek, niezły dom pod Warszawą, własny kierowca. O, to ważny punkt - prywatny kierowca ułatwia wszystkie imprezy (zarówno jemu jak i wszystkim znajomym potrzebującym podwózki po imprezie). Kierowca też pije, ale dużo mniej niż szef. Oh, ale jakie imprezy z nim były! Dusza towarzystwa! Te opowieści, te historie, te żarty, te śpiewy w kilku językach… tak, gdy śpiewał, to już było źle… gdy śpiewał, to już jego znajomi mówili „ooo, zaraz będzie warzywo”. Warzywo to ten stan o jeden kieliszek za dużo. A gdyby o jeden! O pół butelki za dużo! Nawet nie wiem, czy on wie, że jego znajomi nazywają go warzywem, gdy minie ta godzina… A nazywają go codziennie, znaczy, co wieczór. Podczas codziennych imprez po pracy to jeszcze jest w porządku, wiadomo, takie imprezy są i tak krótkie, bo rano trzeba do pracy. Najgorzej jest na weselach. Nie wiem, czy on pamięta jakiekolwiek oczepiny, czy tort weselny…Gdy mija stan warzywa, i kończy śpiewać (albo namawiamy go by skończył śpiewać, bo nie rozpoznajemy języka, w którym śpiewa…) to zasypia. Gdziekolwiek. O, właśnie dlatego, zawsze zanim pójdzie na wesele, czy inną większą imprezę wysyła swojego asystenta, żeby zobaczył, co to za lokal. Nie może być za blisko ulicy, okna muszą być całkowicie zasłonięte, a najlepiej, żeby było wejście z boku i długi podjazd. Co jak co, ale głupio widzieć swoje zdjęcie w gazecie, jak się śpi pod stołem weselnym. Jest poważną postacią przecież. Zmienił też samochód, na gorszą markę, żeby mniej się rzucał w oczy i żeby miał przyciemniane szyby – wtedy można spać na tylnym siedzeniu do woli.
Niby wszyscy widzieli, co się dzieje. Wszyscy znają jego ulubione whisky, bo każdy był kiedyś w sytuacji, że jechał na imprezę i nagle dostał telefon „ej dokup po drodze jeszcze jedną butelkę, bo ta już jest w ruchu i zaraz skończymy”.

 

Czasem, ktoś, kiedyś ośmielił się zwrócić uwagę… O Jezu, ale była awantura! Że komu jak komu, ale mnie - ciężko pracującemu na nasz kraj człowiekowi się należy. Walczę o dobro nas wszystkich, więc muszę to sobie wynagrodzić w jakichś sposób. Mnie się należy. Poza tym chodzę na basen co rano, więc nie masz co się czepiać. I właśnie zje*** atmosferę całej imprezy, a było tak fajnie. Więc dziękuję państwu, bankiecik zakończony, idziemy do domu, dziękujemy temu panu za podrzucanie idiotycznych sugestii. Wszyscy wychodzili, on zostawał na balkonie (balkon był od strony osiedla, nie ulicy – wszystko bezpiecznie) i sam kończył imprezę. Czasem płakał. Czasem śpiewał. Czasem dzwonił do żony… Z duszy towarzystwa tryskającej energią, charyzmą, żartami i anegdotami zmieniał się w człowieka, którego przygniata cały świat. Siedział na tym balkonie i stawał się coraz mniejszy i słabszy.
Z każdym kolejnym szlochem…  Gdybym miała sobie wyobrazić depresję - to właśnie w ten sposób. Siedzi samotna na ciemnym balkonie, nad tą głupią whisky i szlocha na cały świat.

 

Rano budzi się wcześnie, nalewa koniaku (chyba to był koniak, nie znam się za dobrze) do kawy, czeka na kierowcę aż przyjedzie, jedzie na basen, następnie do pracy, od 14.00 pije wino, whisky czy piwo. I tak znów do aż wieczornej sesji balkonowej.

 

 

08.11.2012

 

Jedna z nas

 

Chcę to kiedyś przeczytać, kiedyś - kiedy będę bezpieczna. Kiedy będę mogła powiedzieć – mam to za sobą, udało się albo cokolwiek innego, co brzmi równie dobrze. Dzisiaj nic tak nie brzmi. Boli mnie głowa, jest potwornie smutno. Za drzwiami przykurczona, malutka i krucha stoi nadzieja. Chciałabym mieć siłę, żeby wstać i jej otworzyć.

 

Wczoraj odwiedziłam kolejne dno. To nie prawda, że w ‘biznesklasie’ nie ma dna – tutaj upada się najniżej. W białych rękawiczkach ukręca się łeb wartościom, niszczy się w sobie każdy przejaw szczerości. Zamienia się prawdziwe emocje w plastikowe, napompowane atrapy i używa ich bez umiaru, bez ładu i składu. Obdarowuje się bliskością obcych i  zabiera się siebie najbliższym. Było prawie rano, a ja miałam w sobie dużo wódy i całkiem sporo proszku. Afera? Nie – dziś biały proszek jest niemalże oficjalnym gościem na salonach. Z całą pewnością mile widzianym. Nie musiałam się specjalnie starać, żeby zostać poczęstowana. Pijesz,  a potem starasz się wytrzeźwieć… żeby dalej pić. W tej sprawie biały proszek nie zawodzi. Nie zawodzi też, kiedy chcesz odpalić szare komórki, a Twój zmęczony, niewyspany, wyprany z emocji, rozgorączkowany umysł próbuje się buntować. Wtedy ścieżka stawia do pionu i masz wrażenie, że panujesz nad wszystkim. Nad sobą, nad innymi, nad prawami natury nad całym cholernym Universem!

 

Ale prawie zawsze zaczyna się od wódy albo innej procentowej opcji . Alkohol jest mistrzem inicjacji, bohaterem narodowym, gościem na specjalnych warunkach – na absolutnym legalu i ze społeczną aprobatą. Wszyscy udają, że kontrolują sytuację ale większość już dawno przestała… ja na pewno.

 

Staram się wierzyć, że jest szansa, że uda mi się zatrzymać ten okropny proces wyniszczania własnego organizmu. Piję soki z marchewki,  jej zdrowo i łykam witaminy, chodzę na siłownię – czasami.

Mam zadbane paznokcie, buty za tysiąc złotych. Jeżdżę dobrym autem, płacę podatki – niemałe. 

 

Wiem, że nie o to chodzi. Wiem, muszę coś zmienić. Wiem, szczególnie rano, bo już wieczorem jestem coraz mniej pewna. Wtedy przychodzi pustka boleśniejsza od tysiąca poranków na kacu! Tyle razy wstawałam i patrząc w słońce obiecywałam sobie, że będzie lepiej … i było tak samo. Wcale nie wiem, czy teraz jest inaczej, ale naprawdę się boję i chciałabym przestać. Nikt kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Jak to jest być dobrym i złym człowiekiem jednocześnie. Robić wspaniale rzeczy, żyć jakby wszystko było w najlepszym porządku i kłamać, manipulować, gubić się w sobie, uciekać, płakać bez łez – płakać w środku, wielkimi ostrymi kolcami.

 

Jestem bardzo zmęczona. Nie mam siły nieść siebie w takim stanie. Dzisiaj wierzę i proszę, żeby dzisiaj trwało jak najdłużej.
 

 

07.11.2012

 

Justyna

 

Alkoholu,

 

nie widzieliśmy się od 3 miesięcy. Pewnie się zastanawiasz, czemu odeszłam bez słowa, dlaczego nie odpowiadam na Twoje podszepty, unikam z Tobą kontaktu, choć starasz się do mnie dotrzeć ze wszystkich stron, zachowując się jak zazdrosny, odrzucony, opętany kochanek. Piszę do Ciebie list pożegnalny, choć uważam, że nie jestem Ci nic winna, nie zasługujesz na wyjaśnienia. Ale ktoś powiedział mi, że to pomoże mi trzymać się od Ciebie z daleka. Uwierzyłam, dlatego piszę, choć czuję wielką niechęć i bunt.

 

Poznaliśmy się dawno temu. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wtedy wydawała mi się piękna. Byłam Tobą zafascynowana. Przy Tobie czułam się bezpiecznie. Pomagałeś mi zwalczać nieśmiałość, pobudzałeś wyobraźnię, wyostrzałeś zmysły, sprawiałeś, że świat stawał się piękniejszy, weselszy, doznania silniejsze. Z Tobą życie nabierało rumieńców, a serce biło mocniej. Rozumiałeś mnie i akceptowałeś, przy Tobie nie musiałam udawać, wydawało mi się, że mogę być wreszcie sobą. Dzieliłam się z Tobą radościami, smutkami, sukcesami, porażkami. Uwielbiałam ten stan. Wybaczałam Ci wszystko – smród, mętne spojrzenie, chybotliwy krok. Wybaczałam Ci nawet potężne kace, kiedy zbyt mocno zaszaleliśmy. Nigdy nie mówiłam, że to ostatni raz, tylko, że to szybko minie i że warto było.  Z biegiem lat spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu – już nie tylko weekendy i wakacje, ale zapraszałam Cię też w tygodniu. Potem zaczęliśmy się spotykać rankami, w tajemnicy przez Jarkiem, bo on Cię nie akceptował. Widywaliśmy się więc po kryjomu. W pewnym momencie przestało mi to wystarczać, nie chciałam się ukrywać. Przecież to było moje życie i nikt nie miał prawa rozdzielać mnie z Tobą. Wpuściłam Cię więc do naszego domu. Wtedy nie chciałam wybierać między Tobą, a Jarkiem, chciałam Was obu. Jarek protestował, ale ja Cię broniłam ze wszystkich sił. Wykradałam mu coraz więcej czasu, żeby spędzić go z Tobą. Kłamałam, manipulowałam, oszukiwałam – wszystko dla Ciebie. I nie zastanawiałam się, dlaczego odciągnąłeś mnie od męża, ale nie przeszkadzało Ci, kiedy spotykałam się z innymi facetami.

 

Moje małżeństwo wisiało na włosku, ale nie chciałam tego widzieć. Choć już podejrzewałam, że trochę za bardzo wkroczyłeś w moje życie. Próbowałam nawet trochę Cię odsunąć, ale Ty byłeś nieustępliwy i wciąż się zjawiałeś – nachalnie, natrętnie lub podstępnie, mamiąc, kusząc, obiecując. Ale już nie było jak kiedyś. Już nie sprawiałeś, że świat stawał się piękniejszy. Chyba przez te kilka lat oddałam Ci wszystkie kolory, marzenia, wartości, całą radość, wszystko to, co było we mnie dobre. Zostawiłeś mi tylko smutek, który stawał się coraz większy i większy, poczucie beznadziejności, bezradność. Przestałam odróżniać, co jest dobre, a co złe i nie zależało mi na tym. Przestało mi zależeć na czymkolwiek poza tym, żeby wlać Cię w gardło. Jeszcze wtedy przynosiłeś ukojenie – pozwalałeś mi przestać czuć. Czuć ten rozdzierający smutek i strach przed wszystkim. Kiedy następowały krótkie chwile radości, natychmiast je zapijałam. Tak bardzo bałam się cieszyć, bo wiedziałam, że kolejna fala smutku będzie jeszcze bardziej dotkliwa od poprzedniej. Dlatego do tego nie dopuszczałam. Wypierałam wszystkie emocje. Najlepiej mi było, kiedy nie czułam nic. Ostatnim uczuciem, na które sobie pozwalałam, była resztka miłości do Jarka, ale do dziś nie wiem, czy to była miłość do niego, czy do Ciebie. W końcu z nim było nam wygodnie, bo to przecież on przywoził nas z imprez w środku nocy lub nad ranem, nie zważając na to, że następnego dnia musi iść rano do pracy. W sumie aż tak bardzo nie protestował przeciwko Tobie. Myślałam, że się przyzwyczaił. A on coraz bardziej cierpiąc, udawał, że nie widzi pochowanych wszędzie butelek, nie dawał mi odczuć, jak bardzo musiałam być dla niego odrażająca. Już nie miał siły walczyć z Tobą o mnie. Powoli usuwał Ci się z drogi, aż pewnego dnia nie wytrzymał i odszedł zupełnie. A Ty zostałeś. Teraz mogłam oddać Ci się bez reszty. Wykorzystałeś to. Z coraz większą stanowczością i uporczywością domagałeś się, abym oddała Ci tę resztkę siebie, która mi została. Kiedy próbowałam się sprzeciwić, fundowałeś mi makabryczne drżenie rąk i całą gamę fizycznych cierpień. Ale najgorszy był ten paniczny strach przed wszystkim, a największy przed tym, że mogłoby Cię zabraknąć.

 

Pewnego dnia jednak przesadziłeś z zaborczością i nas rozdzielono. Trafiłam na detoks. Leżąc tam skrajnie wyczerpana, niedożywiona, odwodniona, przerażona i upokorzona, znienawidziłam Cię. Znienawidziłam tak bardzo, że przez 1,5 roku traktowałam Cię jak powietrze. Nie potrzebowałam Cię. Próbowałam żyć bez Ciebie, ale nie było mi dobrze. Wydawało mi się, że cieszę się, że Cię nie ma, ale w głębi duszy bardzo mi Ciebie brakowało.

 

Przyjęłam Cię z powrotem 01.03.2010r. Miało być tylko raz, tak na pożegnanie, ale dla Ciebie raz to za mało. Zjawiałeś się przez 3 miesiące dzień w dzień. Już nie wspaniały, wspierający i wyrozumiały, ale drapieżny, nienasycony i wściekły. Chciałeś się zemścić za te 1,5 roku, a ja na to pozwoliłam. Tylko, że to już nie byłam ja. Kompletnie pozbawiona własnej woli, bez wpływu na cokolwiek, dopuściłam, abyś zabrał mi godność, szacunek do siebie, już wcześniej nadwyrężone i z takim trudem odzyskane zaufanie bliskich, pracę, a nawet prawo jazdy. Ostatnim wysiłkiem woli – nie mojej, bo jej już nie było, ale moich rodziców i brata – postanowiłam zerwać z Tobą. Przez kilka dni leżałam w łóżku – roztrzęsiona, spocona, brudna i śmierdząca, nie mogąc nic zjeść ani wypić, tak słaba, że do łazienki czołgałam się na czworakach, bo nie byłam w stanie iść, a tam wymiotowałam krwią i żółcią, prawie do utraty przytomności.

 

Kolejne 3 miesiące bez Ciebie. W tym czasie zgłosiłam się do poradni, zaczęłam chodzić na mitingi. Przez chwilę było lepiej. Nabrałam nadziei, uwierzyłam, że wszystko zacznie się układać, znalazłam pracę. Myślałam, że to już koniec. Że już wszystko wiem i potrafię się przed Tobą obronić. Ale nie potrafiłam. Nie doceniłam Cię. Nie wiem, jak to się stało, co wtedy myślałam i czułam, co mną kierowało, kiedy weszłam do sklepu po butelkę wódki. A potem nie wiem już ile tych butelek było.

 

I znowu ta przerażająca bezsilność. Przecież nie chciałam Cię już z całych sił. Tylko dlaczego robiłam się taka wściekła, kiedy ojciec wyrywał mi Cię siłą z ręki i wylewał do zlewu? Dlaczego z taką determinacją wykradałam Cię w nocy z domu i resztkami sił, powłócząc nogami, szłam do sklepu, żeby Cię zdobyć? Wiedziałam tylko, że nie chcę tego robić, więc dlaczego?

 

Nienawidziłam Cię, ale bardziej nienawidziłam rodziny, która próbowała mnie przez Tobą bronić. A najbardziej nienawidziłam siebie. Nie chciałam tak żyć. Miałam dość upodlenia, strachu, krzywd, jakie wyrządzałam tym, którzy mimo wszystko wciąż mnie kochali. Powiedziałeś wtedy, że nigdy nie pozbędę się Ciebie ze swojego życia, że będziemy razem aż do śmierci. Postanowiłam więc tę śmierć przyspieszyć.

 

Pamiętam, jaka byłam rozczarowana, kiedy okazało się, że nie tak łatwo się zabić. Nie było jak na filmie. Nie wystarczyło podciąć sobie żył. Patrzyłam, jak wylatuje ze mnie krew i znowu czułam bezradność, bo płynęła tak strasznie powoli. Dźgałam się żyletką po nadgarstkach, ale rany były zbyt płytkie. Potem wpadła mama. Byłam na nią wściekła, bo nigdy nie przychodziła o tej porze. Nie widziałam jej twarzy. Patrzyłam tylko z przerażeniem na swoje nadgarstki, z których tak uporczywie nie chciała lecieć krew.

 

Potem był szpital, izba wytrzeźwień, detoks. Coś się we mnie zmieniło. Nie wiem co, ale chyba Bóg dał mi ostatnią szansę. Pomyślałam, że jestem mu winna spróbować ją wykorzystać. Było mi bardzo ciężko, ale przetrwałam i uwierzyłam, że mogę wytrzymać jeszcze wiele.

 

Teraz każdy dzień bez Ciebie jest łatwiejszy i lepszy. Znów rozpoznaję zapachy, widzę kolory, znów czuję. I wiesz co? To co czuję mnie fascynuje, nawet negatywne emocje – smutek, żal, strach, złość – obserwuję je, uczę się je przeżywać, rozpoznawać i nazywać. I jest mi z tym dobrze.

 

Wiem, że pewnie jeszcze nie raz za Tobą zatęsknię, zatęsknię aż do bólu. Ale wiem też, że ten ból minie, tak jak mijają smutek, żal, strach i złość.  Dając mi tę ostatnią szansę, Bóg postawił na mojej drodze ludzi, którzy uczą mnie jak żyć bez Ciebie. Nie, nie zapomnę o Tobie. Będę pamiętać, co przez Ciebie zniszczyłam. Wykorzystam tylko jedną umiejętność, której się nauczyłam dzięki Tobie- to, że potrafię działać bez użycia własnej woli. Wykorzystam to wówczas, kiedy będziesz mi próbował podpowiedzieć, że terapeuci i trzeźwiejący alkoholicy nie mają racji, że ja jestem mądrzejsza i że sama sobie poradzę. Wiem, że sama nie dam sobie rady i jestem bezsilna wobec Ciebie. Ale mam silne wsparcie, będę z niego korzystać, z taką samą siłą i determinacją, z jaką walczyłam o Ciebie. Więc odejdź i zostaw mnie już. Dziś czuję do Ciebie wstręt i odrazę. I bardzo się Ciebie boję, ale to jest dobry strach – taki, który nie paraliżuje, tylko skłania do działania, nie niszczy mnie, tylko ratuje i sprawia, że życie staje się pełniejsze, godne, ciekawe i dobre.

 

 

 

22.10.2012

 

Anonimowa Singielka

 

Jestem Singielką, a jednak w związku. Moim partnerem jest alkohol. Tak, dokładnie alkohol. Zawsze wydawało mi się, że każdy pije, w weekendy, w tygodniu, na imprezach, do lustra, do kolacji, w towarzystwie i bez. Gdy mówiłam znajomym, że chyba mam z tym problem, to mówili "daj spokój ja też pije i co". Przez pewien czas wydawało mi się to rzeczywiście normalne, ale ostatnio zaczęłam się temu przyglądać. Efektem przyglądania się temu problemowi była wizyta u eksperta od uzależnień, który (tak jak przypuszczałam) zdiagnozował uzależnienie.

 

Jestem wykształconą, ustawioną życiowo, samodzielną i zaradną kobietą po 30-stce. Mam wszystko, czego potrzebuję: dobrą pracę, własny kąt, przyjaciół, pieniądze, kontakty. Jestem zadbaną i dbającą o zdrowie i kondycje fizyczną dość atrakcyjną singielką. Często postrzegana jestem jako przebojowa babka osiągająca wszystko, czego chce. I tak jest, spełniam swoje marzenia, osiągam zamierzone cele, znam swoje wartości i jedyny cel, którego nie umiem osiągnąć to "być wolną od alkoholu".

 

Piję w weekendy, bo w tygodniu pracuję, prowadzę samochód i muszę czuć się dobrze, czekam jednak na każdy piątek i sobotę i nie wyobrażam sobie, że miałabym pozostać w te dni ze szklanką soku czy wody. Jestem świadoma tego, co robię, ale też jestem świadoma tego, że gram w ruletkę. Nic mi się złego nie przytrafiło przez alkohol, ale to nie jest moja zasługa, to jest zbieg przypadków, że trafiałam na normalnych ludzi i normalne sytuacje.

 

Chcę być wolna od alkoholu, wiem, co powinnam zrobić, ale nie robię wiele w tym kierunku. Pierwszym krokiem była diagnoza, a na kolejny nie mam odwagi. Trudne jest to tym bardziej dlatego, że niewiele osób patrząc na mnie wierzy, że mogę mieć taki problem. Czyżby działały stereotypy, że alkoholik to bezdomny leżący na ławce pijak? Chyba niestety tak.

 

 

 

20.10.2012

 

Wojtek

 

Chodziłem do szkoły społecznej, moje rodzeństwo też. Odkąd pamiętam mieliśmy samochód, w latach dziewięćdziesiątych w miejsce dużego fiata pojawił się nissan, potem kolejne zagraniczne auta. Wielokrotnie w ciągu roku wyjeżdżaliśmy na narty, nad morze śródziemne. BMX’y, deskorolki, dodatkowy angielski i wszelkie inne zachcianki były na wyciągnięcie ręki. Tata bardzo dobrze zarabiał, najpierw w dużej firmie potem we własnej firmie, w której zatrudniał kilkunastoosobowy zespół.

 

Znajomi bliżsi i dalsi często powtarzali mi, że taki rodzic jak mój tata to skarb i że powinienem dziękować za te wszystkie możliwości, które mam, za wyjazdy, języki i ładne rzeczy. Wtedy nie wiedziałem, dlaczego tak bardzo mnie to denerwowało. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że picie wódki albo whiskey do późnej nocy to nie jest standardowe zachowanie rodzica. Wiedziałem za to, że niektórzy rodzice moich kolegów są bezrobotni. Wiedziałem więc, że bezrobocie to nic wesołego i że mój tata jest jak to mówiła mama „pracoholikiem”, więc pewnie nie będzie bezrobotny. Do taty przyjeżdżali ludzie z Japonii, żeby robić z nim interesy, a tata jeździł w interesach do Szwajcarii, skąd przywiózł mi prawdziwy szwajcarski scyzoryk. To było super. Tata w ogóle był towarzyski i uśmiechnięty. Nauczył mnie fotografować, jeździć samochodem, obsługiwać piłę mechaniczną. Nauczył mnie też,  że moje urodziny nie są istotne. Odkąd rozwiódł się z mamą nigdy nie pamiętał o moich urodzinach. Ja nie dzwoniłem na dzień ojca. On w ostatni dzień ojca prowadził pijany swoje sportowe, zachodnie auto. Na prostym odcinku drogi uderzył w latarnie. Zginął na miejscu. Poziom alkoholu w jego krwi przekraczał 2 promile. Alkohol był z nim do końca życia, ja niestety nie.

 

Kiedy mówię znajomym, że mój ojciec był alkoholikiem, nie wszyscy chcą mi wierzyć. Niektórych przekonuje argument, że wbił się w latarnie, mając ponad 2 promile alkoholu we krwi. Innych ten argument nie przekonuje. Niektórych przekonuje, jak wspominam, że jak był pijany to mnie pobił. Inni mówią, że tak się wychowuje dzieci. Niektórzy rozumieją, co to znaczy prowadzić pijanego ojca do domu i pilnować, żeby nie zasnął z papierosem w ręku, bo chociaż raz udało się zgasić płonący stół, to za drugim razem mogę mieć mniej szczęścia. Niektórych przekonuje, że był alkoholikiem kiedy mówię, że jestem na terapii DDA. Inni mówią, że powinienem wziąć się w garść, bo jestem dorosły.

 

Zastanawia mnie dlaczego tak wielu ludzi, tak łatwo uznaje, że przesadzam? Dlaczego tak wielu ludzi z takim sceptycyzmem patrzy na mnie, kiedy mówię, że mój dobrze sytuowany tato był alkoholikiem? Nie wiem, dlaczego tak jest. Wiem jednak, że poznaję coraz więcej ludzi, którzy wiedzą, że alkoholizm to problem, który może dotyczyć każdego. Widzę zmiany wśród moich przyjaciół i widzę, że moim przykładem uświadamiam im, że alkohol to nie tylko świetna zabawa i jeden z pomysłów na weekend. Widzą, że alkoholizm dotyka alkoholika i jego środowisko. Mój ojciec  trafił w swoim życiu na dziesiątki życzliwych i dobrych osób. Po jego śmierci dowiedziałem się, jak wielu z nich, tak jak ja, chciało mu pomóc. W oczach ich wszystkich widziałem cierpienie. Cierpieli, bo stracili wartościowego człowieka i nie potrafili mu pomóc. Teraz wielu z nich musi poszukać pomocy dla siebie. Bo alkohol nie tylko zabił mojego tatę, zniszczył też zdrowie wielu ludzi, którzy codziennie martwili się o niego i starali mu się pomóc.