Blog

07 04 2013

Kochane Przyjaciółki, Kochani Przyjaciele,

 

w ciągu ostatnich dwóch tygodni (w moim dzisiejszym świecie) zdarzyły się sprawy, które spowodowały, że w najbliższym czasie nie będę mogła poświęcić się opowiadaniu historii Poli. Nie mówię o pracy i zobowiązaniach zawodowych (tu dałabym radę – szczególnie, że  zawsze mam ich w lekkim nadmiarze), ale o zdrowiu. W tej kwestii priorytety stają się jasne. Zwłaszcza, gdy sprawa jest poważna i dotyczy ukochanej osoby. Tak więc wybaczcie proszę i trzymajcie za nas kciuki.

 

…żeby nie zostawić Poli z 2000 roku na progu terapii pozwolę sobie napisać dosłownie dwa zdania, zwłaszcza dla tych z Was, którzy poświęcali czas, żeby czytać bloga, (a niektórzy nawet pozostawili komentarz, co miało i ma dla mnie szczególne znaczenie).

 

Pola rozpoczęła terapię tydzień po wizycie u Pani Psychiatry. Nie dlatego, że była tak silna, czy zdecydowana – po prostu bardziej bała się pić, niż nie pić. W pierwszej kolejności uczyła się żyć bez alkoholu, ale najważniejsza część terapii dotyczyła czegoś znacznie głębszego – dojrzewania. Po euforii trzeźwienia (początki abstynencji) przyszedł trudny czas zmierzenia się z konsekwencjami picia. Ciężka praca nad tym, żeby odróżnić iluzję od realnego życia i zrozumieć, że - choć nie ma winy – jest odpowiedzialność za to, co się robi. Pisanie (podczas terapii) prac o sobie jako kobiecie, córce, matce – uświadomiło Poli, jak alkohol spowodował, iż w każdej z tych ról było wiele cierpienia i smutku. Zobaczyła, że nawet to, co wydawało się takie szalone i kolorowe, w rzeczywistości było karykaturalne. Miało świadczyć o wyzwoleniu i niezależności, a było żałośnie kamuflowaną nieumiejętnością życia.

 

Potem przyszła wiara w to, że można żyć bez lęku… aż któregoś dnia wraz z porankiem pojawiła się także myśl „jestem naprawdę szczęśliwa” i Pola postanowiła…

 

Obiecuje, że w przerwie pomyślę o tym, jak opowiedzieć tę historię z uwzględnieniem zarówno tego, co było 5 lat zanim Pola postanowiła zmienić swoje życie jak i 5 lat po tym. Tymczasem pozdrawiam wszystkich ciepło i „do zobaczenia”.

Ostatni komentarz dodany: 04/11/2013 - 21:21
Liczba komentarzy: 1
16 03 2013

Rozmowa kwalifikacyjna w PricewaterhouseCoopers?
…czyli spotkanie z psychiatrą w poradni leczenia uzależnień.

 

Tak bardzo się starałam, żeby dobrze wypaść, że przy pierwszym podejściu
…nie zostałam zakwalifikowana.

 

Nie wiem dlaczego obawiałam się, że spotkanie w placówce będzie stresującym, pełnym napięcia doświadczeniem. Chyba po raz kolejny moja wyobraźnia powędrowała w świat hollywoodzkich historii filmowych. Tymczasem nikt nie wyrzucał mi rzeczy z torebki, nie kazano mi chuchać, miła Pani z recepcji poprosiła, żebym chwilkę poczekała.

 

Usiadłam na krześle, z gracją zakładając nogę na nogę. Byłam „dopracowana w każdym calu”: elegancka, jasno błękitna koszula, spodnie cygaretki, szpilki (obowiązkowo), dobre perfumy i dyskretny makijaż – strój zdecydowanie bardziej jak na rozmowę kwalifikacyjną w PricewaterhouseCoopers, niż na spotkanie z lekarzem Psychiatrą w poradni leczenia uzależnień.
Nie piłam już od ponad miesiąca, więc nie było mowy o po-kacowym „malowaniu” porannej rzeczywistości, wylewaniu na siebie tony zapachu i miętowej gumie do żucia.
Od czegoś takiego dzieliła mnie epoka. Byłam wyspana, wypoczęta, starannie przygotowana do spotkania…

 

Nie minęło nawet dziesięć minut i zostałam zaproszona do gabinetu. Pani Psychiatra była dojrzałą kobietą około 60-tki i robiła wrażenie niezwykle rzeczowej, opanowanej, powiedziałabym nawet chłodnej. Wypisała mi skierowanie na badania, po czym zapytała, co powoduje, że obawiam się, iż mam problem z alkoholem. Zaskoczyło mnie to pytanie - nie wiem dlaczego założyłam, że patrząc mi w oczy, Pani Psychiatra dojrzy ślady moich wizyt u Doktora.

 

- Ostatnio coraz częściej zdarzało mi się pić więcej niż bym chciała. To mnie niepokoi, bo nie chciałabym przekroczyć granicy.

 

Nie skłamałam (bo odkąd nie piłam, nie przychodziło mi to tak łatwo, jak wcześniej), ale nie powiedziałam całej prawdy lub raczej nie powiedziałam wszystkiego. Chyba chora część mojej głowy miała w tej niepozornej manipulacji swój udział – zrobiłam założenie, że skoro Pani Psychiatra pyta w ten sposób, to znaczy, że chce dokonać OBIEKTYWNEJ diagnozy i nie powinnam jej tego utrudniać.
Dałabym się dzisiaj zabić za to, że wtedy tamta JA, czyli „wypolerowana” na sztywno businesswoman, była głęboko przekonana zarówno o sensie tej odpowiedzi jak i o jej prawdziwości.

 

Psychiatra wyjęła z szuflady zapisany pytaniami arkusz papieru, założyła okulary i nie podnosząc wzroku powiedziała:

 

- Bardzo cenne, że wykazuje Pani taką czujność, to się rzadko zdarza. Przyjrzyjmy się wspólnie temu, w jaki sposób używa Pani alkoholu i jeśli będzie taka potrzeba, może warto umówić się na spotkanie z psychoterapeutą.  Tymczasem zadam Pani kilka pytań, dobrze?

 

- Oczywiście. – odparłam grzecznie, siedząc naprzeciwko Pani Psychiatry wyprostowana i skupiona.

 

- Czy prowadziła Pani kiedykolwiek samochód pod wpływem alkoholu?

 

- Nie, w żadnym wypadku, nigdy. Zaraz, zaraz - może zdarzyło mi się kiedyś wsiąść za kierownicę po obiedzie, do którego wypiłam lampkę wina… ale rozumiem, że chodzi  o sytuacje zupełnie innego typu.

 

Psychiatra milczała z nosem utkwionym w ankiecie, a mnie głowa parowała. Zastanawiałam się, czy fakt, że wspomniana lampka była pojemności 250 mililitrów, miał na tyle duże znaczenie, żeby o nim wspominać. Prawdę mówiąc, wiedziałam, że miał, ale wyjście z roli perfekcyjnej kobiety sukcesu już przy pierwszym pytaniu wydawało mi się nie do przeżycia. Zupełnie nie przyszło mi też do głowy, żeby w odpowiedzi na pytanie uwzględnić te z porannych podróży do pracy, które odbywały się po zaledwie kilku godzinach snu, poprzedzanych ostrą balangą lub babskim wieczorem kończącym się o 4 nad ranem.

 

Psychiatra kontynuowała:

 

-  Czy zdarza się Pani pić tzw. ciągami?

 

- Skądże?! To znaczy – oczywiście, że NIE!

 

Nie sądziłam wówczas, że picie od piątku do niedzieli można tak nazwać albo, że wyjazdowe, imprezowe lub urlopowe kilku-dniówki zaliczają się do tej złowrogo-brzmiącej kategorii – ciągi.

 

- Czy zdarza się Pani pić rano – „klinować” ?

 

- Alkohol do śniadania – ohyda. Nie chcę, żeby wyszło na to, że jestem święta – zrobiłam kokieteryjną minę – ale nie wyobrażam sobie przełknięcia kieliszka wódki rano…

 

Drinki wchłaniane podczas podróży lotniczych oraz Ameretto do croissanta lub grzane wino… w chłodne poranki – to rzecz jasna coś zupełnie innego, ale jakoś nie wpadłam na to, żeby powiązać tego typu sytuacje z czymś tak upadlającym jak klinowanie. 

 

-  Czy zauważyła Pani zmianę w tolerancji na alkohol?

 

- Słucham?

 

- Czy Pani organizm inaczej niż kiedyś reaguje na alkohol, czy np. upija się Pani znacznie wolniej lub szybciej…

 

Tym razem nawet nie dałam skończyć Pani Doktor.

 

- Zawsze miałam bardzo mocną głowę. Potrafię wypić znaczną ilość alkoholu i zachowywać się tak, jakbym wypiła lampkę wina.

 

Oczywiście nie doprecyzowałam, co oznacza kilka drinków. Nie opowiadałam też o tym, jak nauczyłam się… zwiększać swoją tolerancję. Nie mogłam przecież podzielić się z kulturalną Panią Psychiatrą wiedzą o tym, że w pewnych kręgach, kiedy człowiek jest już na tyle pijany, że język odmawia posłuszeństwa trzeba do tego, co się wypiło dodać trochę tego… co się wciąga nosem. Dwa lata wcześniej dowiedziałam się, iż „odrobina kokainy” pozwala błyskawicznie „wytrzeźwieć” i zdarzało mi się z tego rozwiązania korzystać. Niesamowite, że przekazywanie porad o takim charakterze nie odbywało się w degenerackich kręgach i mrocznej rynsztokowej scenerii – były to cenne wskazówki podawane podczas wytrawnych rozmów, w eleganckich salonach towarzyskiej, warszawskiej śmietanki. Biorąc co najmniej kilkanaście razy w życiu kokainę i drugie tyle amfetaminę, nigdy nie myślałam o tym w kategorii „używania narkotyków”. Korzystałam z tego, co w moim medialno-reklamowym środowisku było całkiem naturalne a przede wszystkim dostępne. Nie wyciągało się torebki z proszkiem podczas kolacji w restauracji, ale podczas klasycznej domówki lub hotelowej imprezy widok porozkładanych na stoliku, białych na krawędziach kart kredytowych oraz zwiniętych w rulon banknotów nikogo nie oburzał.

 

Po kilku kolejnych pytaniach wypełniona ankieta wylądowała z powrotem w szufladzie, a Pani Psychiatra podniosła wreszcie wzrok i patrząc mi w oczy, oznajmiła:

 

- Z tego co, widzę ma Pani przytomny ogląd sytuacji i zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Nie widzę tu oznak uzależnienia, ale warto zachować ostrożność.

 

Fuck! Fuck!!! Krew uderzyła mi do głowy, zrobiło mi się słabo. Zamiast ulgi poczułam w brzuchu ten sam silny ucisk, który towarzyszył mi przed pierwszą wizytą u Doktora. Pomału zaczęło do mnie docierać, że oscarowo odegrana przed samą sobą rola może mnie w jednej sekundzie sprowadzić do świata, o którym nie wspomniałam Pani Psychiatrze. Uścisnęłam jej dłoń i wybiegłam, tym razem bez cienia gracji z gabinetu. Jak tylko znalazłam się na świeżym powietrzu, wykręciłam numer, który podał mi Doktor na wypadek super awaryjnej sytuacji. BYŁA SUPER AWARYJNA. Zadzwoniłam i drżącym głosem wydukałam:

 

- Nie przyjęli mnie. Psychiatra powiedziała, że mam zachować ostrożność. Doktorze, błagam, proszę mi pomoc, boję się, że nie dam rady – szlochałam – moja głowa jest dla mnie nieprzewidywalna. Dzisiaj, po raz pierwszy odkąd nie piję, gadałam, jakbym była nawalona. Nie ufam sobie….

 

- Spokojnie. Pobawiła się Pani ogniem i szczęśliwie od razu to poczuła. Mówiłem – najpierw się trzeba samemu zdiagnozować. Przypomnę - to jest choroba śmiertelna -  jeśli się chce przeżyć, trzeba mieć świadomość, ze można umrzeć. Dzwoniąc teraz do mnie, a nie rozkoszując się diagnozą, w którą Pani wrobiła Psychiatrę,  wykonała Pani naprawdę solidny krok do przodu… A teraz proszę zrobić kolejny, wracać do poradni i prosić o spotkanie z Anką M, natychmiast! I zacząć opowiadać o tym, co Pani czuje, a nie - co Pani myśli...

Ostatni komentarz dodany: 12/22/2017 - 21:38
Liczba komentarzy: 6
10 03 2013

Halo, halo – wielki świat!
…czyli jak już ze świrami, to na międzynarodowym poziomie.

 

Zaczęłam od rozmowy z Doktorem. Uważał, że najlepsze efekty daje połączenie terapii ze spotkaniami Anonimowych Alkoholików(?!!). 

 

Drażliwy temat AA zostawiliśmy na koniec spotkania, najpierw skupiliśmy się na omówieniu terapii. Doktor stwierdził, że przy mojej świadomości (cokolwiek to oznaczało) i po kilku tygodniach abstynencji można zaryzykować terapię z programem ambulatoryjnym. Oznaczało to w praktyce spotkania minimum 2 - 3 razy w tygodniu. Program składał się zarówno z pracy indywidualnej, czyli spotkań sam na sam z psychoterapeutą, jak i pracy w grupie, gdzie poza mną miało być kilka innych osób i jeden psychoterapeuta (O Boże, Boże!! Po co te kilka innych osób! – myślałam przerażona). Doktor zapewnił, że będę miała z takiego rozwiązania same korzyści, więc grzecznie skinęłam głową, choć zupełnie nie wyobrażałam sobie, jakie niby mogłabym mieć korzyści z tego, że będę musiała jak jakiś czubek siedzieć z innymi w kręgu i wysłuchiwać dyrdymałów o złym piciu oraz dobrym niepiciu, zamiast pracować indywidualnie z super profesjonalnym i super inteligentnym terapeutą nad moim skomplikowanym życiem (bo tak to sobie wówczas wyobrażałam). 

 

Zgodziłam się jednak spróbować w nadziei, że jeśli powiem „tak”, odpuścimy sobie przynajmniej rozmowę o mityngach... Myliłam się.

 

Kiedy już niemalże podniosłam się z fotela, żeby opuścić gabinet Doktora, ten delikatnie skinął ręką w geście, który miał mi pokazać, żebym jeszcze przez chwilę zatrzymała tyłek na miejscu, w którym przesiedział ponad pół godziny:

 

- Pomówmy jeszcze chwilę o spotkaniach Anonimowych Alkoholików…- zaczął złowieszczo – rozumiem, że nie ma Pani przekonania do tego pomysłu?

 

- To nie chodzi o przekonanie Pani Doktorze, obawiam się, że to nie jest miejsce dla mnie – postanowiłam chwycić byka za rogi i zamiast uniku, tym razem wyjaśnić dokładnie, o co mi chodzi – Doktorze, nie jestem święta, wiem, że mam problem i, jak Pan widzi, staram się nad tym pracować, ale na Boga, jeśli przestałam pić po to, żeby stać się nawiedzonym– przepraszam za wyrażenie- świrem, który bije się w piersi i, żeby przeżyć, musi opowiadać innym świrom o  tym, jaki jest biedny i nieszczęśliwy, to już chyba wolałabym być tą niegrzeczną, nawaloną dziewczynką! – nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam mówić podniesionym głosem.

 

- Rozumiem, że tak właśnie wyobraża sobie Pani mityngi AA? – zapytał spokojnie, jakby moja irytacja nie robiła na nim najmniejszego wrażenia.

 

- A jak mam sobie wyobrażać? Przecież jest oczywiste, że to banda neofitów, którzy zamienili chlanie na modlenie się. W dodatku istnieje ryzyko, że spotkam tam jakiegoś „Bolka” lub innego „Ziutka” spod budki z piwem i potem będzie radośnie opowiadał na mieście, gdzie spotkał Panią Prezes.

 

- No tak, to może nie ma sensu Pani na siłę namawiać.

 

- Uffffff

 

- Ale…- kontynuował Doktor, a ja zbladłam ponownie – mówiła Pani na jednym z naszych pierwszych spotkań, że wśród rzeczy, które straciła Pani przez alkohol, była możliwość doszlifowania angielskiego w stopniu pozwalającym Pani rozwijać się zawodowo…

 

- To prawda, mówię jak analfabeta, bo, zamiast skończyć choć jeden z rozpoczętych kursów, wolałam biznesowe narady w nocnych klubach – odparłam szczere, choć nie dostrzegłam żadnego związku tej kwestii z naszą wcześniejszą rozmową.

 

- A co by Pani powiedziała na połączenie jednego z drugim, jak Wy to mówicie „wash&go”, czyli spotkania AA, ale w języku angielskim, w grupie cudzoziemców? No i tam nie byłoby ryzyka, że Panią – jak to Pani powiedziała- jakiś Bolek rozpozna.

 

- No, sama nie wiem…. a są takie spotkania w Warszawie? – zgłupiałam całkiem i choć mój stosunek do Anonimowych Alkoholików się nie zmienił, oczyma wyobraźni zobaczyłam międzynarodowe towarzystwo, rodem z amerykańskich filmów… - myślę, że mogłabym spróbować.

 

I tak zostałam wrobiona w swój pierwszy mityng. Kilka dni później, o 18 –tej przybyłam pod wskazany przez Doktora adres, na ulicę Nowogrodzką i zostałam oficjalnie przyjęta do wspólnoty. Niewiele rozumiałam z tego, co się tam wtedy działo, ale czułam się zaskakująco dobrze. Przede wszystkim dlatego, że było ciepło i przyjemnie, ale skłamałabym, nie dodając… co jeszcze na to wpłynęło. Moja pycha została dopieszczona w każdym milimetrze swojej rozpiętości. Czułam się zdecydowanie „mniej świrem” w warunkach, które głowa uznała za „z lepszego świata”-  ta sama głowa, która niewiele rozumiała z tego, co do niej mówiono w obcym języku.

 

Między innymi dlatego, że niewiele do mnie docierało… po angielsku oraz z powodu znacznej poprawy samopoczucia, postanowiłam iść za ciosem i jak najszybciej zapisać się także na terapię. Możliwe najszybciej.  

 

Zdecydowałam się na jedną z warszawskich placówek, prowadzoną przez  Annę M – doświadczoną psychoterapeutkę uzależnień, którą Doktor rekomendował, a którą ja kilka tygodni później szczerze pokochałam.

 

Choć Doktor zalecił, żebym umówiła się  bezpośrednio z Anią i opowiedziała jej, na jakim jestem etapie, postanowiłam najpierw iść na spotkanie z psychiatrą. Podczas takiej wizyty miała zostać przeprowadzona „diagnoza wstępna”. No cóż, chciałam się jedynie stuprocentowo upewnić, jak bardzo jest ze mną źle…

Ostatni komentarz dodany: 03/19/2013 - 22:18
Liczba komentarzy: 1
02 03 2013

Czy utrata kontroli oderwana jest od rozumu?
... „pełnokrwiści” znajomi i życie „po bandzie”.

 

Przez pewien czas nie opuszczał mnie stan – nazwijmy go – euforyczny.
Delektowałam się tym, jaka jestem wspaniale oczyszczona, oglądałam w lustrze policzki, zachwycając się ich coraz bardziej jednolitym kolorem (naczynka krwionośne, od lat permanentnie poszerzone - pomału się obkurczały, dając skórze szansę na ludzki kolor). Oczy odzyskiwały blask i to bez pomocy Mibalinu (cudotwórczych kropli), czy nawet zwykłego Visine.

 

Poza tym było jednak nieco… jałowo. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Rozmawialiśmy z Doktorem
o tym, że może warto się wesprzeć zaawansowaną, profesjonalną terapią. Oznaczało to coś więcej niż nasze spotkania.  Terapia uzależnień wymaga poświęcenia czasu, zaangażowania a w dodatku najskuteczniejsza jest, kiedy cześć zajęć to praca w grupie.
Na tym etapie pomysł, żeby się dzielić z innymi swoją „wyjątkową” historią, był dla mnie zbyt trudny do zaakceptowania.
Inne formy wsparcia o których wspominał Doktor – czyli mitingi i wspólnota Anonimowych Alkoholików – odrzucały mnie jeszcze bardziej.

 

Co prawda, kiedy wspominałam hollywoodzkie filmy, takie jak np. „Mężczyzna, który kocha kobietę” (When a Man Loves a Women), opór malał i dopuszczałam myśl o sobie w roli alkoholiczki. Bardziej jednak ze względu na to, jak pięknie Andy Garcia kochał pijącą Meg Ryan, niż ze względu na własną sytuację.

 

Po miesiącu trzeźwienia w eksternistycznych warunkach doszłam do wniosku,  że za bardzo „mnie nosi” i być może powinnam zrobić coś więcej. Zaczęłam się obawiać, że sama euforia może mnie nie uchronić… nie uchronić głównie przed samą sobą.
Choć byłam coraz bardziej świadoma korzyści wynikających z niepicia, nadal miałam bardzo wiele wątpliwości.
Przede wszystkim brakowało mi absolutnej pewności, że się nie mylę (ja i Doktor), że faktycznie  moim głównym problemem jest alkohol.  Jestem uzależniona ponieważ „nie kontroluję” picia?!  Myślenie o tym, nie dawało mi spokoju. Przecież, skoro potrafię dobre kilka tygodni nie pić, a w dodatku tym razem robię to we współpracy ze specjalistą, skoro dowiedziałam się już tylu rzeczy o chorobie alkoholowej – czy możliwe, żebym po napiciu się drinka faktycznie nie mogła przestać?. Czy utrata kontroli oderwana jest od rozumu?
Znałam odpowiedź Doktora, ale nie byłam do końca przekonana, czy w tej sprawie się nie myli.
I jeszcze jedno - poza samym wyjaśnieniem roli rozumu w kontrolowaniu picia,  obawiałam się konsekwencji dalszej abstynencji nie mniej niż dalszego picia.

 

Od miesiąca żyłam trochę jakby w zawieszeniu - „pomiędzy” jednym a drugim światem.
Przez lata bywałam zazwyczaj wśród ludzi podobnych do mnie. Powiem więcej – unikałam tych, którzy funkcjonowali w odmienny sposób. Przerażały mnie nowinki na temat kolejnych znajomych, którzy postanowili rozpocząć „zdrowy tryb życia”, bo to zawsze pachniało sportem, niskokalorycznym jedzeniem oraz rzucaniem palenia i/lub picia. Denerwowały mnie spotkania z koleżankami w ciąży, głaszczącymi się po swoich okrągłych brzuchach i wykrzywiającymi usta na pytanie o to, czego się napiją. Wiadomo było, że wody z cytryną lub czegoś znacznie bardziej ekstremalnego, jak na przykład sok z marchwi w temperaturze pokojowej(??).

 

Spędzanie czasu z takimi osobami było dobrym rozwiązaniem na poranki po imprezie, w ramach regeneracji organizmu – w każdej innej sytuacji kojarzyło mi się z czymś przeraźliwe nudnym, uciążliwym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu. Podobnie w mojej wyobraźni wyglądały ewentualne spotkania z wszystkimi innymi osobami, które nie piją lub robią to sporadycznie - tak zwane „moczenie ust” w koniaku lub „lampka wina do obiadu” brzmiały śmiesznie, słodko-pierdząco, beznamiętnie. Sądziłam, że mogę się dogadać jedynie z „pełnokrwistymi” ludźmi, niespokojnymi duszami o bogatych wnętrzach i skomplikowanych osobowościach... a dla nich alkohol jest naturalną częścią życia. Nie miałam pojęcia, czy odnajdę się w jakimś „nowym” otoczeniu, nie wiedziałam gdzie mam pójść i czego szukać.

 

Postanowiłam przed kolejną wizytą u Doktora spotkać się  z grupą „pełnokrwistych” znajomych, żeby zobaczyć, czy w tej nowej, niepijącej wersji „nadaję się do ludzi” i czy nie zanudzę wszystkich na śmierć.
Wiedząc o niebezpieczeństwach, jakie się wiążą z takimi spotkaniami na początku trzeźwienia, przygotowałam w miarę bezpieczny grunt: zabrałam ze sobą kolegę, który znał moją sytuację i miał mi pomóc wyjść, gdyby zagrożenie „napicia się” było duże. Dzisiaj zastanawiam się,  jak fizycznie miałby to zrobić, gdyby zaszła taka potrzeba(?!). 

 

Pojechaliśmy na jedną z bardzo modnych, elitarnych imprez środowiskowych organizowanych w prestiżowym warszawskim klubie, tego dnia wynajętym na wyłączność dla organizatora (jednej z prywatnych telewizji), zamkniętym dla szerszej publiczności.
Na dzień dobry spotkała mnie niespodzianka. Od lat żyłam w głębokim przekonaniu, że na tego typu imprezy wszyscy jeżdżą taksówkami. Tymczasem okazało się, że parking jest pełen samochodów, co oznaczało, że prawdopodobnie nie wszyscy piją…
Nieco zdziwiona udałam się do klubu w poszukiwaniu znajomych.  Już w szatni mogłam się zorientować, że są blisko – ze stolika w rogu sali dolatywały salwy śmiechów, w brzmieniu których z łatwością rozpoznałam dobrze mi znane głosy. Podeszłam nastawiona optymistycznie, gotowa opowiedzieć o tym, co się u mnie działo i zapewnić, że choć nie piję – wszystko (poza tym) jest ze mną w porządku.  Jednak nikt nie był specjalnie zainteresowany  tym, co mam do powiedzenia. Przystawiono nam (mnie oraz koledze stróżowi) krzesełka, otrzymałam także kilka soczystych cuchnących piwem całusów.  Ktoś zaskoczył, że „mowa była o piciu”, więc postanowił się wstrzelić z dowcipem - o nawalonej blondynce, która po nocy spędzonej ze świeżo upolowanym narzeczonym , otwierając oczy powitała go zdaniem „i pokoik też masz malusieńki”. Towarzystwo ryczało ze śmiechu i rozpoczęła się seria dennych, często obleśnych żarto- tekstów z gatunku „Co się liczy: wielkość, czy technika. Technika? Ha, ha - następny z krótkim”. Chwilę później jednej z koleżanek podarły się rajstopy, bo rzucając się jak dzikie zwierzę, w konwulsjach pijackiego rechotu, zahaczyła kolanem o dosyć ostry kant stołu.
To zdarzenie spowodowało tyle radości u moich  „przyjaciół”, że przez pół godziny nie mogli się uspokoić. Następne dwa kwadranse wniosły niewiele więcej treści - „wyjątkowe osobowości” bełkotały coraz mniej wyraźnie, więc pomału zaczęłam ziewać.

 

Wzięłam kolegę stróża pod pachę i wyszłam, raczej niezauważona. Po drodze do domu zastanawiałam się, czy to jest to, co tak bardzo bałam się utracić? Czy dokładnie taką „jazdę po bandzie” kochałam?
Doszłam też do smutnego  wniosku, że nie posiadałam zbyt dużej wiedzy na temat tego, co lubię, a czego nie lubię w ludziach, w sobie.  Przez lata jedyną w miarę rozpoznawaną potrzebą była we mnie potrzeba akceptacji - związana nierozerwalnie z poczuciem bezpieczeństwa. 

 

Westchnęłam,  bardzo nieśmiało zaczęłam rozważać, czy się nie przełamać  i pójść jednak na tę terapię… tak na próbę, żeby się czegoś więcej dowiedzieć. O spotkaniach z bandą nawiedzonych „odzyskańców” z  AA póki co bałam się myśleć. Terapia brzmiała ciut (zaledwie odrobinkę) lepiej , no i zawsze była szansa, że w trakcie leczenia stwierdzą, że może jednak nie jestem tak bardzo chora, jak inni (…znaczy, że jestem wy- ją- tko- wym przypadkiem :)).

Ostatni komentarz dodany: 03/05/2013 - 12:54
Liczba komentarzy: 2
21 02 2013

Ja, czy nie Ja?

 

Podróż „w stronę światła” choć dawała nadzieję, nie miała nic wspólnego z przyjemną, ekscytującą wycieczką o charakterze turystyczno – krajoznawczym. Zresztą ja nie byłam też podróżnikiem pełnym zachwytu, gotowym pokonywać wszelkie trudności drogi, żeby tylko dojść do celu. Przede wszystkim nie miałam pojęcia o CELU. Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Kolejne kroki stawiałam niepewnie, oglądając się na prawo i lewo, przynajmniej raz na kilka dni poważnie rozważałam, czy nie wziąć nóg za pas i biegiem nie wracać… skąd przyszłam. Szczęśliwie na tym etapie (choć zabrzmi to absurdalnie) strach ratował mi skórę. Nie pijąc bowiem przez kolejne dni, odzyskiwałam fragmenty pamięci i zaczynało do mnie docierać, że jestem właścicielką zupełnie innego życia niż mi się wcześniej wydawało.  

 

Na „wiecznym rauszu” uważałam się za nieszczęśliwą wprawdzie i mocno niestabilną emocjonalnie, ale wciąż wyjątkowo odpowiedzialną, błyskotliwą i zabawną osobę. Powiem więcej – pijąc, miałam poważne obawy, że jeśli kiedykolwiek przestanę, ta moja „wyjątkowa osobowość” bardzo ucierpi.

Dwa lata wcześniej, w sobotnie przedpołudnie siedziałam w kuchni nad szklanką wódki z colą (lód i cytryna obowiązkowo, żeby było bardziej sophisticated) i rozważałam w pamiętniku:

 

„…być może piję trochę za dużo i powinnam coś z tym zrobić. Jednak zdecydowanie bardziej od tego, że mogłabym być alkoholiczką, przeraża mnie to, że mogłabym być nudna, bezpłciowa, nieciekawa, ŻADNA… Przecież są dni, kiedy nie pije i co? Wstaje smutna i przygnębiona, snuję się pod domu, każda zaplanowana praca – aż boli. Myśli mają kolor najtańszego, szaro-burego, chropowatego papieru toaletowego, takiego z czasów zapadłej komuny!!!”

 

Pisząc te zdania, nie miałam pojęcia, jak bardzo różni się chwilowa trzeźwość od procesu trzeźwienia. Powracając do metafory drogi – to mniej więcej tak, jak różnica pomiędzy rysowaniem palcem po mapie - a prawdziwą podróżą.
Chwilowa trzeźwość jest pijana. To, co w niej przytomne, jest tak malutkie i bezbronne, że nie ma szans normalnie istnieć. Organizm jest przytłoczony przez zmęczenie, pełen niepokoju. Nic w człowieku nie jest świadome, więc głowa nie dopuszcza informacji, że za chwilę głód alkoholowy zwycięży. Cała energia pożytkowana jest na szukanie „dobrych powodów”.

Dlatego przerwa w piciu kończy się piciem.

Nie chodzi o to, jak długa jest chwila trzeźwości – chodzi o jej jakość. Kiedy piłam – przestawałam na jakiś czas, żeby się odpowiednio przygotować do kolejnego picia. Nie tylko w sferze umysłowej, ciało też było zaprzęgnięte do roboty. Jeździłam na rolkach, na rowerze, odżywiałam się ekstremalnie zdrowo, pracowałam mega intensywnie. Po takiej „pigule” z czystym sumieniem mogłam się nagrodzić. Pierwsza szklankę wlewałam z błogą przyjemnością, niemalże z dumą!

 

Niestety nie poprzestawałam na pierwszej, z czasem coraz trudniej było mi przestać na którejkolwiek. Najgorszy był tak zwany stan „niedopicia”, czyli wymuszonej okolicznościami przerwy nie pod koniec ale na samym początku „zabawy”.  Kiedy na przykład podczas imprezy ktoś (z pewnością zdrowy ktoś :) ) wpadał na pomysł, żeby pójść do kina. Dwie godziny seansu z jedną lub dwiema szklankami w sobie?!! Katastrofa. Za dużo, żeby się skupić na czymkolwiek i zdecydowanie za mało, żeby odpłynąć. Ból głowy, irytacja, rozdrażnienie. Oczywiście jedyny wniosek, jaki wówczas przychodził mi do głowy: „film był beznadziejny”.

 

Po rozmowach z doktorem  – wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Założenie, że mam próbować nie pić po to, żeby sobie pomóc – a nie po to, żeby się potem spokojnie napić – powodowało, że trzeźwe myśli znacznie odważniej współpracowały z ”twardym dyskiem”. Pamięć odzyskiwała właściwą ostrość, powracały realne kolory. NIE BYŁO MIŁO. Zaczęłam dostrzegać żałosność tam, gdzie wcześniej widziałam  co najwyżej uroczą  „jazdę po bandzie”. Nie bawiło mnie, że nie pamiętam faceta, który kłania mi się podczas konferencji branżowej z tekstem „No i jak? Poszalejemy? Jak miesiąc temu w Krakowie? A nie bolała Cię główka skarrrbie, po powrocie do hotelu?”. 

 

Już samo „skarrrbie” powodowało mdłości! Bałam się myśleć o tym, co robiłam z tym nieapetycznym bezpośrednim burakiem… w Krakowie?! Trzymając się kurczowo nadziei, że powrót do hotelu oznaczał  „nic nie było” albo raczej „nie było najgorszego”… wyszłam  w połowie konferencji, żeby pooddychać świeżym powietrzem. NIE WRACAM – pomyślałam. Nie dzisiaj.

 

…i wiedziałam, że to kolejny malutki kroczek, byłam zbyt smutna, żeby się zastanawiać nad tym dłużej. Jednak ten smutek nie był czymś, co chciałam odrzucić. Miałam wrażenie, że na ten krótki moment otoczył mnie troską, zadbał o to, żebym ze strachu nie chciała uciekać.

Ostatni komentarz dodany: 02/22/2013 - 00:40
Liczba komentarzy: 3
13 02 2013

Skorumpowane biuro śledcze…

 

Ustaliłam z Doktorem plan działań. Nie było to łatwe, bo choć po historii z jajkiem miałam znacznie większą pewność, że coś jest nie tak, daleka byłam od akceptacji swojego uzależnienia.
Powiedzmy, że postanowiłam być grzeczną uczennicą – trochę ze strachu, że jak nic nie zrobię, faktycznie może być coraz gorzej, a trochę z nadziei, że jak  spróbuję, coś lepszego pójdzie za tym krokiem. Lepszego niż mi się  ostatnio zdarzało w życiu.

 

Tak więc przede wszystkim miałam się starać nie pić. Starać oznaczało znacznie więcej niż próbować. To miała być podejmowana co rano decyzja, że włożę dobrowolny wysiłek, wykonam pracę, która pomoże mi nie pić – tego konkretnego (a potem kolejnego) dnia. Dzisiaj bardzo dobrze rozumiem, dlaczego to było takie istotne. Sama abstynencja ma niewiele wspólnego z leczeniem. Moim skromnym zdaniem, to jakieś 15 procent  w całym procesie powrotu do zdrowia. Istotne 15 procent, bo nie da się rozpocząć kolejnych etapów, kiedy się jest „pod wpływem”, ale „ten wpływ” to nie tylko wlany w siebie alkohol. Myśli są pijane jeszcze długo po opuszczeniu ciała przez alko. Powiedziałabym nawet, że są znacznie bardziej niebezpieczne, kiedy czekają (w wymuszonej na chwilę abstynencji) na kolejne picie niż wtedy, kiedy się po prostu nawalą. 

 

Jak tylko oprzytomnieją na tyle, żeby dodać dwa do dwóch, zaczynają filozofować. Niczym najbardziej na świecie skorumpowane biuro śledcze – podkładają fałszywe dowody, tworzą hipotezy i skrupulatnie budują fikcyjne teorie. Na końcu myśl przewodnia, czyli przepłacony przez głód  alkoholowy Adwokat, bezwzględny i zepsuty do szpiku kości - przemawia do całej głowy.

 

Fakty się nie liczą – ważne, żeby dojść do wniosku, że podejrzany (alko) jest niewinny. On jedynie pomagał, wspierał ofiarę, kiedy dopadali ja prawdziwi sprawcy: problemy, problemy, problemy. Był też wiernym towarzyszem w chwilach uniesień,  pomagał w przeżywaniu radości, wzmacniał: sukcesy, sukcesy, sukcesy.
Potem błyskotliwy, emocjonujący wywód – mowa końcowa - z całym mnóstwem przykładów na to, jak świetnie ofiara radzi sobie w życiu, jak wielu strat jeszcze nie poniosła… a te, które poniosła nie są przecież aż tak wielkie. Poza tym w większości są wynikiem przypadku, nieżyczliwości i niezrozumienia ze strony ludzi, także bliskich i nie mają najmniejszego związku z podejrzanym. Alko jest czysty!

 

Właśnie dlatego pierwszy etap planu działań był taki trudny. Czułam się jak skończony idiota, który walczy sam ze sobą i to przeciwko sobie. Choć nie należałam do osób, które upatrywałyby rozwiązań w cudach, wtedy wiara miała dla mnie kluczowe znaczenie.  Nie o boskość chodzi ani o troskliwe ramię zbawiciela –  to była raczej wiara w „ograniczenie umysłu”, zaufanie do tego, że jest w nas coś mądrzejszego od rozumu i że, kiedy się do tego mocno przytuli – można przetrwać. Pierwsze tygodnie przywarłam do tej zupełnie mi nieznanej części własnej osoby, zamknęłam oczy… i pomalutku szłam w stronę światła.

Ostatni komentarz dodany: 04/03/2013 - 03:34
Liczba komentarzy: 13
07 02 2013

Kiedy z lodówki wypadnie jajko…

 

Pierwsze dni minęły zupełnie bezboleśnie, w dodatku doładowane niesamowitą dawką energii. Okazało się, że realizacja zaplanowanej u Doktora abstynencji niesie za sobą całe pokłady wolnego czasu. Alkohol bowiem to nie tylko samo picie, ale wiele rzeczy dookoła. Nie można przecież spokojnie i bez wyrzutów sumienia używać alkoholu codziennie, o różnych porach. Dlatego osoby ze „specjalnej grupy” potrzebują mnóstwa pretekstów, pozorów, powodów, żeby „intymny związek” mógł trwać - jak mi się wówczas wydawało – szczęśliwie i całkiem niepostrzeżenie.

 

Lista jest długa – na mojej najczęściej figurowały:
- nagłe sytuacje stresowe w pracy,
- afery zarówno realne jak i te sztucznie podsycane (tęsknotą za Alko oczywiście),
- teorie spisku, wizje porażek lub upadków,
- „nakrętki” na konkretne tematy i/lub osoby
- sukcesy, których ranga i stopień prawdziwości nie miały najmniejszego znaczenia, liczyła się gotowość do celebracji,
- problemy z facetami (cierpienie w związku lub z powodu braku związku, frustracja w relacji lub ból samotności, poczucie krzywdy lub poczucie winy),
- bóle egzystencjalne, którym towarzyszyły rozbudowane dialogi wewnętrzne, marzenia, roszczenia,  a także pielęgnowane z czułością rozmaite lęki i wizje upadku/ów  (do rozpicia wieczorem w małym gronie lub w samotności).

 

Każdy powód był wystarczający, żeby poświecić odpowiednio dużo czasu na jego wnikliwe rozważenie w dobrym towarzystwie, głownie alkoholu, czasami także przyjaciółek. Kiedy nie było picia – lista stała się pusta i okazało się, że mam „chwilowo” bardzo wiele miejsca do zagospodarowania – w głowie i w życiu.
Wstawałam rześka i podekscytowana, przy pierwszej kawie w biurze planowałam nieskończoną liczbę  ambitnych zadań, zapisywałam pomysły (od siłowni i basenu począwszy, na wyjeździe z dzieckiem np. w polskie góry skończywszy). Po pracy grzecznie odbierałam Franka ze szkoły, śpiewaliśmy w samochodzie, wracając do domu. Wieczorami szykowałam pyszne kolacje i oglądałam stare seriale. Książek nie czytałam przed snem, bo biedny organizm przywalony taką dawką zdrowia, kiedy tylko zostawał spoziomowany, nie był w stanie utrzymać otwartych powiek dłużej niż kilka minut. Spałam jak małe dziecko… przez te kilka dni.

 

W niedzielę odwiozłam młodego do dziadków, żeby „złapać oddech” przed kolejnym, ciężkim tygodniem pracy. Wróciłam do domu przed 20-tą i po raz pierwszy od wizyty u Doktora poczułam silny ucisk w klatce piersiowej. Pusty dom, cisza, czyli krótka chwila - wywołanego zupełnym przypadkiem - kontaktu ze sobą. Ból i strach. Zapaliłam światło i wyszukałam na dole w szafie dawno nieoglądaną serię Colombo. Nieskomplikowana fabuła, fantastyczne kadry (kuchnie z pięknymi okrągłymi lodówkami, kobiety w blond lokach, lata 60-te, 70-te – miodzio!) oraz upierdliwy, urokliwy porucznik. Dzięki niemu przeżyłam kolejne dwa wieczory (z dniami było znacznie łatwiej).

 

We wtorek około 16-tej uświadomiłam sobie, że jutro widzę się z Doktorem. Powinnam czuć euforię lub przynajmniej coś w rodzaju zwycięstwa, a mnie mdliło z niepokoju. Miałam jechać po Frania, ale zadzwoniłam do rodziców i poprosiłam, żeby mi dali jeszcze jeden wieczór wolny. Chciałam mieć… przestrzeń (?!).

 

Zrobiłam wielkie zakupy z zamiarem ugotowania pysznej kolacji, dla uczczenia cudownego tygodnia. Chciałam zaprosić Pana G., mojego ówczesnego narzeczonego, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam.  Kilka trzeźwych dni oddaliło mnie od niego o całe mile. Bez alkoholu trudno mi było wytrzymać dwa zdania w jego towarzystwie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że miesiąc wcześniej pomieszkiwaliśmy razem i byliśmy prawie zaręczeni?.

 

 Nie zaprosiłam ani Pana G. ani nikogo innego, nie zrobiłam też kolacji. Czułam zbyt duże napięcie, żeby zabierać się za jakikolwiek odpowiedzialne zajęcie. Po głowie zaczęły biegać dziwne myśli „Po co był cały ten tydzień? Co i komu chciałam udowodnić? Co mam mu jutro opowiadać? Co ten facet wymyślił - dlaczego muszę nie pić, żeby zrozumieć, że nie muszę pić?!!!”

 

Rozum szalał, więc ciało postanowiło zrobić coś, co miało mnie uchronić przed katastrofą. Otworzyłam barek. Z tyłu za rzędem ślicznych, kryształowych szklanek z grubym dnem – stał pusty do połowy, bursztynowo – złoty Chivas Regal. Szybkim ruchem wyciągnęłam butelkę. Trzymając ją mocno za szyjkę, zbiegłam błyskawicznie z pierwszego piętra. Otworzyłam drzwi klatki schodowej i kiedy zobaczyłam, że - z wyjątkiem robotników kończących pracę w drugim końcu podwórka - nikogo nie ma, podbiegłam do pojemnika ze śmieciami, postawiłam Chivasa na ziemi i zwiałam do domu. Serce waliło mi jak młot. Postanowiłam odpuścić przygotowywanie jakiegokolwiek jedzenia, zamierzałam jedynie poukładać zakupy w lodówce, położyć się w łóżku i zasnąć jak przez ostatnie dni w towarzystwie porucznika Colombo. 

 

Nagle wydarzyło się coś, co mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Kiedy układałam jajka w dołkach pojemnika na drzwiach lodówki, jedno z nich wyślizgnęło mi się z ręki. Próbowałam je złapać, ale tylko pogorszyłam sytuację. Zamiast rozbić się na podłodze, przyciśnięte ręką, która próbowała je uchwycić w locie, rozwaliło się w połowie drogi. Przeźroczysto-żółta, śliska maź spływała nieśpiesznie po kolejnych półkach, zostawiając na każdej z nich ślad. Ogarnęła mnie fala wściekłości. Nie wkładając butów, wypadłam z domu. Zatrzymałam się dopiero przed wielkim blaszanym pojemnikiem. Nie było GO! Ani przy tym, ani przy drugim pojemniku, ani pod pokrywą żadnego z nich!! Nie było też robotników na podwórku…

 

Wróciłam na górę i usiadłam pod lodówką. Patrzyłam na rozmazane, zasychające jajko, na cieknącą małymi stróżkami wodę. Jeszcze chwilę trzymałam mocno to, co usiłowało się wydostać z mojego wnętrza. Jak tylko dochodziło do gardła i zaczynało dusić, spychałam z powrotem - jak najniżej.  Po chwili nie miałam już sił… łzy poleciały strumieniem znacznie bardziej obfitym niż woda rozmrażającej się pomału lodówki. 

 

 Płakałam, płakałam i płakałam. Nie sądzę, żeby coś konkretnego do mnie wtedy dotarło. To było raczej jak łyk świeżego powietrza – wleciało głęboko do płuc, najpierw otumaniło, potem przyniosło chwilę świeżości, ulgę. Udało mi się przeżyć na trzeźwo pierwszą trudną emocję. Dziękuję Ci jajko!

Ostatni komentarz dodany: 07/24/2013 - 09:38
Liczba komentarzy: 6
04 02 2013

Zanim zacznę, chciałam powiedzieć, że JESTEŚCIE KOCHANI. Dziękuję, bardzo dziękuję za Wasze komentarze. Tak długo, jak będziecie mieli ochotę tu zaglądać – tak długo będę opowiadała, obiecuję. Mój mąż jest zdania, że historia jednej osoby, w dodatku – jakkolwiek by na to patrzeć – młodszej ode mnie o prawie 12 lat (!) – co zauważył, nazywając pierwsze dwa wpisy „młodzieńczymi” - może być dla czytających (ujął to delikatnie) usypiająca.  Doradził zatem zrobienie „mapy opowieści” (?!!), żeby była ciekawsza. Nie zastanawiałam się zbyt długo, co miał na myśli, żeby nie popaść w odrętwienie:)). Założyłam, że miał dobre intencje wyrażone z czułością charakterystyczną dla osobników tej płci. Sam fakt, że przeczytał, uznałam za niemały wyczyn z jego strony. Niestety z mapami zawsze miałam problem (GPS ratuje mi życie od lat), więc zanim się przełamię i nauczę geografii pisania, może być kompletnie grafomańsko.
Proszę o wybaczenie i daję słowo, że nie będę już wyjeżdżała bez uprzedzenia do miejsc, gdzie nie ma „łącz-ności” ze światem…czyli z Wami i Olą oczywiście :)

 

Tydzień? Żaden problem!

 

Doktor głównie słuchał, zresztą nawet gdyby chciał coś powiedzieć – nie bardzo miał okazję, bo mówiłam niemalże przez cały czas. Chyba ze strachu, że jak mnie o coś zapyta, to się czymś zdradzę i wtedy gotów pomyśleć, że jestem… taka jak inni. Bardzo mi zależało, żeby wiedział, jak wyjątkowa jest moja historia, żeby ją dobrze zrozumiał – czyli mnie dobrze zrozumiał, żeby podszedł do sprawy indywidualnie.  Tak, nawet w takiej sytuacji cała moja struchlała ze strachu, kompletnie zagubiona osoba  domagała się uwagi, akceptacji – sygnału, który mówiłby „jesteś ważna”. Nie, to powinno brzmieć raczej jak „jesteś specjalna!”. 

 

Czujnie przyglądałam się twarzy Doktora, starałam się wychwycić z niej jak najwięcej. Patrzył ciepło i słuchał – nie był ani zdziwiony ani poruszony, zwyczajnie otwarty, cierpliwy, spokojny. To powodowało, że denerwowałam się jeszcze bardziej. Wchodziłam w swoją opowieść, zagadując każdą szansę na jakąkolwiek refleksję. Mówiłam o tym, w jak wielkim pracuję stresie, jak od lat nie udaje mi się ułożyć sobie życia, że nie mam szczęścia do facetów, z którymi się wiąże, że czuję się winna, nie potrafiąc zbudować prawdziwego domu dla swojego synka. Opowiadałam o problemach z zasypianiem, trudności w odnajdywaniu sensu w najprostszych czynnościach i nieustającym poczuciu winy. Poczuciu winy, które rosło z każdym kolejnym dniem, kiedy zawożąc dziecko do rodziców, wyruszałam w życie z nadzieją, że coś ułożę, uporządkuję - a kończyłam samotna i smutna. O tym, jak kładłam się do łóżka nieszczęśliwa, potłuczona, bezradna i leżałam, patrząc w sufit lub wtulając bolącą głowę w poduszkę.

 

Po ponad dwudziestu minutach zatrzymałam się na chwilę i zapytałam:
„Czy myśli Pan, że to może mieć związek z alkoholem?” 

 

On na to, całkiem poważnie - z życzliwością - ale bez uśmiechu odpowiedział:
„Wie Pani, alkoholizm to jest taka choroba, w której człowiek musi się zdiagnozować sam. Znam wiele osób, które piją na umór, potraciły wszystko, a jednak uważają, że są zdrowe i znam też ludzi, którzy pijali dobre wino lub koniak, a doszli do wniosku, że potrzebują pomocy. Zastanawiając się nad alkoholem, warto myśleć nie o ilości, czy warunkach w jakich się pije, ale o roli, jaką alkohol pełni w życiu. No i nie wolno lekceważyć faktu, że alkoholizm to choroba śmiertelna.  Dobra wiadomość jest taka, że na każdym etapie można ją leczyć. Powiem więcej  – zdrowiejąc z uzależnienia, można się stać lepszym człowiekiem.”

 

To było mocniejsze niż pół szklanki whisky! Poczułam, że mój prawie półgodzinny i - jak mi się wydawało -  przejmujący oraz niezwykle głęboki wywód  był jedynie kiepskim preludium do krótkiego a zarazem niezwykle treściwego sedna tego spotkania. Spojrzałam Doktorowi w oczy kompletnie zmieszana:
„No to co mam zrobić?” – wybełkotałam, nie do końca świadoma tego, o co pytam.

 

„Proponuję, żeby Pani pomyślała sobie przez najbliższy tydzień o tym wszystkim i spróbowała nie pić do naszego następnego spotkania, a kiedy Pani tu przyjdzie w środę  – bez względu na to, czy się Pani napije, czy nie - porozmawiamy o tym, co się z Panią w tym czasie działo”.

 

Phi – pomyślałam - co to za wyczyn?! Tydzień bez alkoholu. Żaaaaden problem! Tylko tyle? Pesteczka. Pożegnałam się grzecznie i wyszłam w znacznie lepszym humorze, niż przyszłam. Jadąc do domu, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przesadziłam z tym alkoholizmem. Całkiem wstępnie postanowiłam, żeby grzecznie poczekać do następnej środy i opowiedzieć Panu Doktorowi, że trochę za bardzo się „wkręciliśmy”.

Ostatni komentarz dodany: 02/06/2013 - 15:18
Liczba komentarzy: 5
29 01 2013

...a po nocy przychodzi dzień

 

Chciałabym napisać, że wstałam przepełniona nadzieją, gotowa rozpocząć nowe życie, zdeterminowana do podjęcia leczenia – byłoby to jednak absolutne kłamstwo.

 

Około dziewiątej obudził mnie potworny ból głowy. Otwierając oczy, marzyłam o tym, żeby powracająca pamięć była możliwie łaskawa przy odtwarzaniu faktów z poprzedniego dnia. Nie było to przyjemne uczucie. Przypominało napięcie, jakie towarzyszy licealiście podczas oczekiwania na wyniki testu semestralnego – wiadomo, że skoro się nie przygotowało – nie ma prawa być dobrze, a jednak, zanim zostanie odczytany „wyrok”, jest nadzieja. Niestety obrazy stawały się coraz wyraźniejsze – podobnie zresztą jak ból głowy. Dotarło do mnie, że tym razem poszłam - a dokładniej rzecz ujmując – popłynęłam naprawdę głęboko. No i jeszcze te pieprzone listy! Co ja nawypisywałam do tego faceta?!

 

Zapaliłam papierosa, zanim włączyłam komputer, licząc na to, że im dłużej przeciągnę tę chwilę, tym większa szansa, że ślady mojej wczorajszej „słabości” znikną.

 

Nie zniknęły. W skrzynce czekała wiadomość od Pana Doktora.

 

„Witam serdecznie. Myślę, że dużo lepiej będzie nam się rozmawiało osobiście. Zapraszam do mojego gabinetu, jestem do dyspozycji dzisiaj o 18.00 albo w najbliższy poniedziałek o 16.00. […]”
Chooolera jasna! Dostał to! Koniec, pozamiatane! – w pierwszej chwili spanikowałam.

 

Czarna, niezbyt mocna (bo nadal mnie mdliło) kawa, kolejny papieros i po kilku minutach zaczęłam myśleć trochę przytomniej:
- Dlaczego mam nie iść?! Pójdę, i to jeszcze dzisiaj!  Powinnam mu wszystko wyjaśnić, opowiedzieć, pokazać, że sprawy wyglądają nieco inaczej, niż wskazywałaby na to moja wczorajsza korespondencja. Może nawet powinnam się poradzić, dopytać? W końcu Pan Doktor ma chyba do czynienia z różnymi przypadkami.

 

Wizyta u specjalisty ds. uzależnień – biedna chora głowa nie mogła sobie na tym etapie poradzić z takim wyzwaniem. Poświęciłam parę godzin na przygotowania do spotkania o 18.00. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby nie wyglądać na osobę potrzebującą pomocy. Orzeźwiająca kąpiel, maseczka z alg i do taksówki wsiadła czyściutka, pachnąca Pani Manager - zaradna, niespełna trzydziestoletnia kobieta sukcesu.

Ostatni komentarz dodany: 02/01/2013 - 11:41
Liczba komentarzy: 6
26 01 2013

Dziękujemy, że jesteście blisko. Już za chwile (najpóźniej we wtorek) kolejna cześć historii. Wiedząc, jak ważne jest to dla Poli i jednocześnie znając liczbę jej obowiązków - a z drugiej strony - czując się matką chrzestną jej bloga, postanowiłam skorzystać z zaproszenia autorki, żeby wspierać ją w tym zadaniu, czyli być tutaj z Polą i z Wami. Zatem jestem -czujna i otwarta, ciekawa każdego kolejnego komentarza. 
Ponieważ historia wzbudziła Wasze zainteresowanie, namówiłam Polę, by opowiedziała więcej o tym, co było, zanim przejdzie do tego, co jest. Obie mamy nadzieję, że jej wspomnienia mogą zachęcić kogoś do szukania profesjonalnego wsparcia – „świadomość to pierwszy krok do zmiany na lepsze”. Trzymamy kciuki za wszystkich, którzy w 2013 roku chcą takie zmiany wprowadzić w życie. 

 

P.S.

Przed chwilą rozmawiałam z Polą. Prosiła, żebym przekazała Wam podziękowania za wszystkie komentarze, którymi jest szczerze wzruszona. Wasza obecność wzbudza w niej ogromny entuzjazm, motywuje do pisania i nadaje sens opowiadaniu tej historii. Czekamy na każdy kolejny głos!    
 

Ostatni komentarz dodany: 01/26/2013 - 12:44
Liczba komentarzy: 0

Strony